forum     goście     linki     kontakt     szukaj     start         
Nasze informacje
Wystawa
Archiwum
Tamte czasy
Nasza sonda
Adam Michnik nie został zaproszony na prezydencką uroczystość z okazji Marca 68. Fakt ów oceniasz:
negatywnie
pozytywnie
zobacz wyniki
archiwum sond

Małopolska
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
2000-08-01
Solidarność - nieobecność mitu
Wydawać by się mogło, że kluczowe wydarzenie XX-wiecznej historii Polski powinno być ważnym elementem organizującym wyobraźnię narodową Polaków. Związek Solidarność, a właściwie jego mit, winien współtworzyć współczesną samoświadomość narodową i być punktem odniesienia do rozważań nad charakterem narodowym, formami bytu państwowego odpowiedniego dla Polaków, a także stylu uprawiania polityki. Tymczasem tak zwany Sierpień czyli 16 miesięcy legalnego działania NSZZ Solidarność, wypadł z debaty publicznej. Nawet rocznica nie zdołała ożywić tematu, jeśli nie liczyć zdania Aleksandra Kwaśniewskiego, że nie uległ "owczemu pędowi" z roku 1980.

Solidarność i chichot historii

Jeszcze kilka lat temu, w lutowym numerze Tygodnika Solidarność z 1994 roku można było przeczytać wyznanie poety, Aloszy Awdiejewa: Jestem członkiem Solidarności od 1981 roku do teraz. Do Solidarności należę, bo nie mam tak słabej pamięci, jak wielu Polaków. Oczywiście nie oczekuję od Solidarności, żeby teraz była tym samym, co w czasie Sierpnia. Nie twierdzę też, że jako związek zawodowy ma być obojętna na politykę. Wartości, które Solidarność głosiła i teraz głosi w innej formie, są mi nadal bliskie: pomoc słabszym i walka o godność człowieka. Większość społeczeństwa dała się zapędzić w ślepy galop do kapitalizmu. Ta obłędna fascynacja połączona jest z rozdrapywaniem się i wzajemnym zadeptywaniem. Dlatego Solidarność jest dziś wartością nie mityczną, ale realną i niezbędną.

W roku 20-lecia Związku trudno byłoby znaleźć tego rodzaju deklaracje. Brak płomiennych wyznań miłości nawet ze strony członków aparatu lub polityków sprawujących funkcje z mandatu AWS. Zawiedzeni czują się robotnicy, nauczyciele i naukowcy. Młodzież zachowuje lekceważący dystans. Psioczą ci, którzy byli za słabi by wepchać się do luksusowego pociągu kierowanego niewidzialną ręką rynku. Szydzą postkomuniści bezczelnie lansując tezę, że "za PRLu ludziom żyło się lepiej". Lamentują ojcowie założyciele. Intelektualiści szukają natchnienia w zachodniej myśli liberalnej.

Naprędce przygotowane rocznicowe obchody przypominają stypę, na której drugorzędne znaczenie mają nawet przepychanki przy mikrofonie. Sentymentalna Panna "S" nawet nie jest oskarżana - jak miało to miejsce kilka lat temu - że zbrzydła, zestarzała się i jest obecnie swarliwą babą. Teraz jest zwyczajnie ignorowana i w dobrym towarzystwie nie wypada przyznać się do uniesień sprzed lat. Publicznie rocznica wspominana jest z zażenowaniem, goryczą lub złością, a jeśli pozytywnie, to tylko na poziomie prywatnym - sentymentalnych wspomnień młodości.

Co się stało, że nie budzi radości największy sukces Polaków w dwustuletniej walce o suwerenność, osiągnięty najniższym kosztem w historii? Czemu nie szczycimy się upadkiem imperium, przed którym drżał cały świat? Dlaczego straciliśmy dumę z największego wkładu Polaków w myśl społeczną naszej cywilizacji?

10 milionów ludzi dało sobie wmówić, że najważniejsze wydarzenie ich życia jest bezwartościowe lub nie miało sensu. Jaka władza, większa od totalitarnej, możniejsza od łamiącej sumienia tajnej policji - wymusza dobrowolne zaprzaństwo wobec samego siebie? Jakie pęknięcie duszy sprawiło, że po 20 latach prawi i bezinteresowni ludzie nie chcą, boją się lub wstydzą przyznać, że byli piękniejsi, niż mogli być w normalnych warunkach?

Nie wiem.

Istnieją - oczywiście - wyjaśnienia cząstkowe, ale nie składają się na przekonywującą całość. Skoro więc nie posiadamy pełnej świadomości przyczyn klęski Solidarności jako idei organizującej naszą narodową wyobraźnię, przedstawmy chociażby co było jej niegdysiejszą siłą. A nuż przyda się "późnym wnukom"?

Bardzo polskie idee

Polacy tylko dwa razy w historii idei dali światu coś nowego i oryginalnego. Co ciekawe, za każdym razem wychodząca z Polski idea społeczna ufundowana była na wolności człowieka, który z dobrej woli przyjmuje jakiś obowiązek. Ten akt wolności sumienia tworzył jednocześnie dobrowolną wspólnotę. Zasada dobrowolności stanie się od tej pory fundamentem całej polskiej myśli społecznej i politycznej, budującej Pierwszą Rzeczpospolitą w oparciu o akt woli niezawisłej jednostki działającej w imię dobra wspólnego.

Inną wspólną cechą "polskich pomysłów społecznych" jest poprzedzanie teorii przez praktykę. Koncepcja pokojowej chrystianizacji pogan i idea społecznej solidarności - są opisem faktycznego stanu rzeczy, wynikiem namysłu nad praktyką społeczną, a nie wymyśloną przy biurku koncepcją filozoficzną czy prawniczą. W Polsce nie było urodzaju na utopie, dzięki czemu nie kończyło się na krwawych formach przystosowywania rzeczywistości do postulatów.

Pierwsze polskie oryginalne wystąpienie miało miejsce na soborze w Konstancji w 1415 roku. Rektor Akademii Krakowskiej, Paweł Włodkowic, przedstawił ideę nawracania pogan drogą pokojową, a nie ogniem i mieczem. Występował w obronie praktyki swojego władcy, Władysława Jagiełły, który dokonywał tą metodą chrztu Litwy i Żmudzi. Nie wystarczyło zawiązanie unii polsko-litewskiej, której efektem religijnym była pokojowa chrystianizacja wschodnich połaci Europy i próby pojednania z cerkwią. Nie wystarczyło także pobić Krzyżaków pod Grunwaldem. Należało jeszcze przedstawić nową, lepszą wizję urządzenia chrześcijańskiej Europy i wizję wolnego człowieka, który zgodnie ze swym sumieniem staje się chrześcijaninem.

Według Włodkowica (traktat De protestate papae et imperatoris respectu infifelium) niewiernych żyjących w pokoju nie należy orężem zmuszać do przyjęcia wiary i praktyki krzyżackie wykraczają zarówno przeciwko prawu boskiemu jak prawu naturalnemu. Mało tego, sam papież nie powinien głosić wojny przeciwko niewiernym, a tylko domagać się prawa do swobodnego głoszenia słowa Bożego. I dopiero odmowa zezwolenia na prowadzenie misji jest uzasadnionym powodem do orężnego wystąpienia. Niegodne chrześcijanina jest twierdzenie, że wiarę wolno krzewić przemocą - powiada Włodkowic - jest to jedynie przykrywka do grabieży i zaboru ziemi.

Idea ta stała w sprzeczności z praktyką i poglądami ówczesnego chrześcijańskiego świata, przepojonego duchem krucjat i rozstrzygnięć miecza. Nie da się zaprzeczyć, że takich zdań nie słyszano dotychczas na soborze. (..) Głos krakowskiego rektora sięgał głęboko do sumień narodów, pokrywał rumieńcem wstydu najuczeńszych wśród ówczesnych doktorów, bo był to glos narodu o młodszej cywilizacji, okrzyczanego sprzymierzeńca dzikiej Litwy i barbarzyńskiej Rusi. Głos pouczający o zapomnianych zasadach miłości bliźniego, będących podstawą chrześcijańskich społeczeństw - komentuje historyk, Antoni Prochaska, w książce Sobór w Konstancji.

I oto w pięć wieków później Polacy znów przedstawią światu oryginalną odpowiedź na pytanie o rodzaj ludzkich więzi i sposób rozwiązywania rozbieżnych interesów wewnątrz wspólnoty. I znowu teorię poprzedzi praktyka. Najpierw ukaże się solidarność grupowa wewnątrz zatomizowanych środowisk, potem będzie budowanie solidarności między robotnikami i inteligencją, następnie (za potężnym wpływem Jana Pawła II) odrodzi się więź narodowa, a dopiero na końcu pojawi się słowo, które przeczuwaną ideę nazwie i opisze: solidarność. Pojawią się też instytucje, noszące tę nazwę.

Także ta idea zrodzi się z prawdziwego ducha Ewangelii.

Narodziny praktyki

Solidarność z kim i solidarność wobec czego? Linia wierności i zobowiązania, obecna w polskiej tradycji, została radykalnie zniszczona w pierwszym okresie panowania komunistów w Polsce. Hańba domowa dotyczy nie tylko postawy polskich intelektualistów w czasach stalinowskich, ale wszystkich środowisk, a nawet rodzin. Wbrew użytecznemu mitowi, rozwijanemu przez Kościół i opozycję, że Naród dzielił się na "nas" i "onych" - komunizm poczynił ogromne spustoszenia moralne absolutnie wszędzie - nawet w samym Kościele, a niekiedy zdrada wkradła się między najbliższych.

Lojalność zawodowa, lokalnej społeczności czy innej grupy - nie istniała. Jedynym oparciem wyalienowanej jednostki w komunistycznym społeczeństwie była rodzina i wąski krąg przyjaciół (i to dopiero po ustaniu stalinowskiego terroru). Nie było "instytucji pośredniczących", bo wszystkie zostały zawłaszczone przez państwo. Poczucie bezsiły i samotności jednostki wobec wszechpotężnego państwa oraz brak zaufania do drugiego człowieka były więc przejawem realizmu, a nie objawem paranoi.

W ponadśrodowiskowej skali poczucie osamotnienia mieli zarówno robotnicy, pozostawieni sami sobie przez ludzi wykształconych, jak i inteligenci, odseparowani od tzw. "klasy robotniczej" zwyczajną niewiedzą i przesądami. Ostatni raz, kiedy istniała szansa, że Naród wystąpi razem, (było to w 1956 roku, podczas tzw. Października) siła ideologicznej indoktrynacji oraz kontrola społecznego buntu przez władze sprawiła, że do trwałego porozumienia między masami a elitami nie doszło. Nieufność i izolacja pozostały. Gorzej. Władzy udało się poszczuć inteligencję "aktywem robotniczym" w 1968 roku, a w dwa lata później wmówić inteligentom, że robolom chodziło wyłącznie o kiełbasę.

W tej sytuacji pomoc młodych inteligentów udzielona w Radomiu i Ursusie poszkodowanym uczestnikom protestów Czerwca 1976 roku była moralnym wstrząsem, który miał zbawienne skutki i dla samej inteligencji i dla robotników. Był to kopernikański przewrót w świadomości społecznej, choć jego zasięg początkowo był mikroskopijny. Młodzież pociągnęła za sobą "czcigodnych starców", tak zwane autorytety moralno-intelektualne. Znani pisarze, artyści i profesorowie, w obawie o los nieznanych młodych ludzi, postanowili osłonić ich własnym autorytetem przed represjami władz. Tak powstał Komitet Obrony Robotników (później KSS KOR).

Ale rozbudzenie sumień i potrzeb poszło dalej. Prymat etyki przed polityką był zasadniczym zwrotem w kształtowaniu sumień i radykalnym zerwaniem z komunistyczną zasadą podporządkowania moralności aktualnej linii partii. Wołanie o prawdę naukową, prawdę historyczną i nieskrępowany dostęp do literatury zakazanej przez totalitarną władzę - stworzył Towarzystwo Kursów Naukowych. Przy braku wolnej społeczności uczonych i studentów - Latający Uniwersytet był miejscem solidarności poszukiwaczy prawdy. W tym sensie przedsierpniowa opozycja (także ta spod znaku ROBCiO, Ruchu Młodej Polski i KPNu), nieliczna i działająca głównie w wielkich ośrodkach akademickich, była bardziej ważna dla budowy solidarności samych inteligentów niż dla nawiązywania więzi z robotnikami.

Prawdziwym zaskoczeniem dla inteligentów było nie przystawanie sytuacji do proroczego opisu społeczeństwa totalitarnego opisanego w Roku 1984 Orwella - biblii opozycjonistów. Sławna powieść na skutek braku naukowych badań nad społeczeństwami totalitarnymi była z konieczności traktowana jak prawdziwy model. Dlatego wydawało się, że "prole" czyli robotnicy są bardziej wolni i pozostawieni sobie przez partię. Tymczasem okazało się, że więcej swobody jest wśród inteligentów i młodzieży.

Z naszego ówczesnego doświadczenia w Radomiu czy Ursusie, ze spotkań z nielicznymi robotnikami związanymi z opozycją w Łodzi, Nowej Hucie, na Śląsku czy w Gdańsku wynikało, że atomizacja robotników jest daleko bardziej posunięta niż ma to miejsce na uczelniach. Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że trudniej jest nieść pomoc represjonowanym robotnikom niż studentom. Robotnicy rzadziej spotykali się z kolegami z pracy i często nie znali swoich nazwisk i adresów - wystarczały im często różne ksywki, przydomki i pseudonimy. W domach odwiedzali się rzadko. Mieli też mniejsze zaufanie do kolegów (nawet tych, z którymi pili wódkę) i żadnego do przełożonych (brygadzistów, kierowników, inżynierskiej kadry - czyli tzw. nadzoru).

Rzeczywiście, strach wśród robotników był większy, środowiska bardziej spenetrowane przez Służbę Bezpieczeństwa, a represje bardziej brutalne. Robotnicy nie mogli liczyć na wsparcie swoich środowisk, toteż młodzi inteligenci, działający w fabrykach, szybko wyzwolili się z mitu jedności klasy robotniczej.

Robotnicy w robotniczym państwie nie czuli też dumy z przynależności do "przodującej klasy", mimo, że codziennie słyszeli, że są "kierownicza siłą" i czymś tam jeszcze. Przeciwnie. Wstydzili się faktu, że są robotnikami. Nie mieli też złudzeń co do swojej prawdziwej pozycji społecznej. Dlatego na pierwszych zebraniach redakcji Robotnika rozgorzał prawdziwy spór o nazwę pisma. Za historyczną nazwą przemawiała chlubna tradycja gazety redagowanej jeszcze przez Józefa Piłsudskiego i niepodległościowy PPS. Przeciw - strach przed odrzuceniem przez środowisko, które wcale nie czuło dumy ze swej nazwy, a tym bardziej tradycji, której po prostu nie znało.

Narodziny słowa

Samo słowo solidarność narodziło się ze strachu, wieczorem 14 maja 1977 roku przy ulicy Grodzkiej 29 w Krakowie. Praktyka solidarności pojawiała się bowiem wobec konkretnego zła jako odruch solidarności w obliczu wspólnego zagrożenia. Po śmierci Staszka Pyjasa, studenta polonistyki UJ, zamordowanego przez SB, przez kilka dni odbywały się studenckie demonstracje, tłumny pogrzeb, msze w intencji, akcje informacyjne, a także dziesiątki innych działań nie kierowanych przez jego przyjaciół. Nagle, kolejnego dnia zwycięskich demonstracji pojawiło się wśród organizatorów pytanie, "co będzie w poniedziałek" czyli po powrocie na uczelnię?

SZSPowska Gwardia Juwenaliowa wspólnie z SB zatrzymywała studentów. A skoro aresztowano nawet członków KORu, którzy wspomagali organizowanie protestu, to jest pewne, że tym łatwiej będzie rozprawić się z anonimowymi studentami - organizatorami demonstracji. Słowo "rozprawić się" brzmiało groźnie w kontekście wydarzenia z dnia 7 maja. Tak zrodziła się idea powołania Studenckiego Komitetu Solidarności. Tekst deklaracji powołującej SKS, podpisany przez tzw. rzeczników, odczytano następnego dnia, to jest 15 maja 1977 roku pod Wawelem. Dzień ten należy uznać za datę pierwszego publicznego pojawienia się słowa określającego nową ideę. Autor jest zbiorowy, więc nie znany.

Jak niesprecyzowana jeszcze, a tylko intuicyjnie wyczuwana była idea solidarności świadczy fakt pewnego niezrozumienia i zamieszania. Nie tylko reżimowa prasa zaczepnie pytała "z kim solidarni"? i odpowiadała, że "z KORem". Także uczestnicy spotkań i wieców na uczelniach Krakowa, przyjaźnie nastawieni do ruchu, zadawali to pytanie. Jakoś dziwnie było odpowiadać, że "ze sobą samymi". Rzeczownik znany od lat nie był jeszcze mocno osadzony w języku, choć Studenckie Komitety Solidarności pojawią się w Gdańsku, Łodzi, Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu jeszcze w 1977 roku.

Słowo solidarność karierę zrobi dopiero w kilka lat później. Najpierw pojawi się w Stoczni jako tytuł strajkowej gazetki Solidarność, a następnie jako nazwa Związku, nie od razu zresztą. We wrześniu 1980 roku komunistyczne związki branżowe, próbując przeciwdziałać żywiołowemu powstawaniu Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego, zaczęły zmieniać swe nazwy, dodając do starej NSZZ. Chwyt był prosty, ale częściowo skuteczny. Nagle wszystkie związki stały się "samorządne" i "niezależne". Aby zaradzić temu zamieszaniu, nowy związek przyjął nazwę NSZZ Solidarność. Kto zaproponował tę nazwę? Niektórzy sądzą, że Krzysztof Wyszkowski, inni twierdzą, że Karol Modzelewski. Pewne jest tylko to, że autor logo, kolumny zwartych liter, nad którymi powiewa biało-czerwony sztandar, nazywa się Jerzy Janiszewski. W 1980 roku był studentem gdańskiej PWST. Twórca jednego z najbardziej rozpoznawalnych znaków towarowych na świecie przekazał prawa autorskie związkowi bez jakiegokolwiek wynagrodzenia. Taki był duch czasu.

Narodziny idei

Kilku studentów, członków SKSu i zarazem uczniów ks. Tischnera, zajmowało się na prowadzonym przez niego seminarium zagadnieniem chrześcijańskiej odpowiedzi na kwestie społeczne, "zarezerwowane" ówcześnie dla lewicy, a marksizmu w szczególności: pracy, wyzysku pracy, alienacji. Zagadnienia te rozpatrywano w potrójnym kontekście.

Pierwszym odniesieniem był marksizm i spór ideowy wewnątrz samej lewicy, tak zwanej lewicy laickiej (głównie rewizjonistycznej, to znaczy Leszka Kołakowskiego, którego Główne nury marksizmu ukazały się w latach 70-tych oraz ówczesnej nowości, jaką była książka Kościół, lewica, dialog Adama Michnika). Historię sporu marksizmu i polskiej lewicy z chrześcijaństwem opisał J. Tischner w Polskim kształcie dialogu. Drugim kontekstem rozważań była współczesna filozofia, w szczególności antropologia fenomenologiczna, a także Kępinski, Ricoeur i Heidegger.

Oba odniesienia miały jednak zaledwie pomocniczy charakter. Głównym bowiem celem rozważań było rozpoznanie przestrzeni wolności i źródeł godności ludzkiej. Księdzu Tischnerowi chodziło o zbudowanie nowej filozofii Narodu. Pojęcia takie jak dialog, godność, sumienie czy nadzieja pełniły rolę służebną do opisu rzeczywistości najważniejszej: sposobu istnienia Narodu. Początkowo poszukiwał oparcia w polskich romantykach. Pojawienie się słowa solidarność otworzyło nową perspektywę budowania filozofii Narodu w oparciu o filozofię Człowieka. Toteż przemyślenia końca lat 70-tych spowodowały, że Józef Tischner nie został w roku 1980 zaskoczony zwycięskim pochodem idei solidarności. Był jedynym myślicielem w Polsce, który mógł dzielić się swoimi kilkuletnimi przemyśleniami. Były to na ogół teksty publicystyczne, doraźne, pisane z myślą o dotarciu do człowieka prostego, ale zawierające okruchy filozoficznych tez dotyczących moralnych więzi łączących Naród lub poszczególne grupy i środowiska. Tak powstała książeczka Etyka solidarności.

Ale najgłębszą filozoficzną interpretację idei solidarności dał intelektualista, który na Solidarność patrzył z dalszej perspektywy - Jan Paweł II. Paradoks sytuacji polegał na tym, że papież tłumaczył zakazaną w Polsce ideę nigeryjskiej młodzieży w Onitsha, włoskim robotnikom z "Solvayu" w Rosignano, rodzinom w Cotonau (Benin), biskupom Ameryki Łacińskiej i działaczom Międzynarodowej Organizacji Pracy w Genewie. Idea solidarności przekazana została w kilku językach, na wszystkich kontynentach, ludziom różnych ras, kultur, wieku i zajęcia. Jedynie w samej Polsce intelektualiści nie wykorzystali szansy przemyślenia idei zrodzonej na własnej ziemi.

Świat nie przedstawiony

Gnuśność intelektualna polskich elit jest zdumiewająca. Nie tylko nie powstały znaczące prace z zakresu etyki i historii idei, ale nawet socjologiczny i historyczny opis jest niezwykle ubogi. Ważnych prac jest tak mało, że można je wymienić wszystkie, bez obawy, że rozsadzą ramy podrozdziału. Jeśli nie liczyć ciekawych wzmianek w pracach Normana Daviesa (Boże igrzysko i Orzeł Biały), które są po prostu elementem opisu XX wieku, to poważnych prac historycznych jest dwie: Timothy G. Asha Polska rewolucja. Solidarność 1980-1981 oraz Jerzego Holzera Polska 1980-1981. Czasy pierwszej Solidarności.

Socjologiczny opis jest także ubogi, bo składa się zaledwie z dwóch znaczących pozycji: Solidarność - projekt polskiej demokracji Ireneusza Krzemińskiego oraz Polska czasów Solidarności czyli eksplozja pamięci Bronisława Baczki. Spis uzupełnia jeszcze książka Po komunizmie Marcina Frybesa i Patricka Michel, która zresztą zajmuje się okresem późniejszym.

Jeszcze gorzej przedstawia się odbicie tego nieprawdopodobnego okresu w literaturze. Ani Solidarność za czasów swych pierwszych 16 miesięcy, ani potem w stanie wojennym, ani w latach dziewięćdziesiątych nie doczekała się swoich dzieł. Dlaczego?

Polakom łatwiej pisze się o klęsce niż o zwycięstwie; Sierpień'80 - wielkie zwycięstwo polskich robotników okazało się wielką porażką polskiej literatury, która nie potrafiła opisać jedynego w naszej historii zwycięskiego powstania twierdzi Roman Pawłowski w artykule znacząco zatytułowanym Sierpień nieprzedstawiony (Gazeta Wyborcza, 1.09.2000). Strajk, który spowodował poluzowanie cenzury i uwolnienie zakazanych książek, sam nie stał się tematem wielkiej literatury. Autor wylicza poszczególne utwory poetyckie, literackie, filmowe - ich lista okazuje się nad wyraz uboga.

Wtóruje mu Tomasz Jastrun: nie ma intelektualnych analiz Solidarności. Ale gorzej, o wiele gorzej, że nie ma o tamtych zdarzeniach trwałych świadectw w sztuce, w literaturze, w filmie. To one mogły stworzyć mit, jak tworzyła poezja romantyczna. I to sztuka jest pożywieniem, dzięki któremu mit może przetrwać, to ona karmi naszą zbiorową pamięć historii (Nowa Res Publica, 7, 2000). Jak niezamierzone szyderstwo brzmią dziś zapewnienia pierwszego historyka Solidarności, Jerzego Holzera, który wstęp z 1984 roku do swej książki rozpoczął od zdania: Szesnaście miesięcy Solidarności od sierpnia 1980 do grudnia 1981 roku stało się wielkim doświadczeniem historycznym. Będzie ono analizowane prze długie lata, zaś ocena całościowa i poglądy czy nawet opisy dotyczące poszczególnych wydarzeń budzić będą kontrowersje. Okazało się jednak, że więcej doczekaliśmy się milczenia niż sporów. Po kilkunastu latach nadal jest to jedno z głównych źródeł naszej wiedzy o przebiegu wypadków.

Istota i sens pierwszej Solidarności

Od samego początku rozgorzał spór o samookreślenie Solidarności. Nikt nie wątpił, że 10-milionowa organizacja była instytucją bez precedensu w historii zarówno Polski jak świata. W opisie nie było też bezstronności i to zarówno w Polsce jak na świecie, jako że każdy próbował udowodnić, że powstanie Solidarności legitymizuje jego postawę i ideologię. Solidarność pokochał cały świat. Amerykańscy i brytyjscy konserwatyści - za antykomunizm, europejska prawica - za narodowość ruchu, socjaldemokraci i związki zawodowe - za robotniczy i masowy charakter, lewacy za potwierdzenie antyrobotniczego charakteru wschodnioeuropejskiego reżymu i "humanistyczny socjalizm", kościoły za przywiązanie do wiary, intelektualiści za barwność i niezwykłość, liberałowie za tolerancję, rządy za umiarkowanie żądań... i tak dalej. Solidarność była hybrydą ideową i organizacyjną, więc każdy z łatwością mógł sobie znaleźć bliski a sympatyczny aspekt ruchu.

W samej Polsce powód miłości był podobny. Solidarność nie była władzą i to wystarczało, by ja kochać, ale były też bardziej szczegółowe uzasadnienia.

Spór o ojcostwo

Tylko klęska jest sierotą, nie dziw więc, że ludzie i środowiska prześcigają się w wychwalaniu swych zasług w utorowaniu drogi do Sierpnia. Główny spór o chwałę toczony jest przez opozycję i Kościół. Ten ostatni ma argument potęgi swego oddziaływania na masy wiernych - rząd wielkości nieporównywalny z oddziaływaniem opozycji. Opozycja z kolei ma prawo podkreślać swe zasługi organizacyjne i koncepcyjne: to ona wskazała kierunki działań i sformułowała postulaty, często wbrew ostrożnemu stanowisku Kościoła, jak to miało miejsce jeszcze w trakcie trwania strajku w Stoczni, kiedy Prymas Wyszyński wygłosił homilię w Częstochowie. Nadane przez TVP wystąpienie zostało odebrane przez strajkujących i społeczeństwo jako przeciwne strajkowi. Wszyscy natomiast zgadzają się z doniosłością wizyty Jana Pawła II, bo chociaż papież do politycznej konfrontacji z komunizmem nie wzywał, to z jednej strony obnażył jego kryzys, a z drugiej ukazał siłę samego Narodu.

Pierwsza pielgrzymka papieża z 1979 roku wspominana jest w sposób niemal magiczny i cudotwórczy: oto po raz pierwszy od czasu wprowadzenia ustroju komunistycznego miliony Polaków spotykając swojego papieża, Polaka jak oni, mogły ujrzeć się, zliczyć i rozpoznać w spontanicznym, a nie przymusowym zespoleniu, w skupieniu i entuzjazmie. Porządek, samodyscyplina, jakie ten olbrzymi tłum sobie narzucił, intensywne przeżycie wspólnoty były więcej niż wyzwaniem dla władzy. Dla każdego uczestnika był to widomy znak zbiorowej potęgi zjednoczonego, solidarnego narodu, potwierdzającego przed samym sobą swe niezniszczalne istnienie. W roku 1981, z perspektywy czasu, staje się jasne, że doświadczenie to było jednym z warunków ruchu społecznego, z którego wyrosła Solidarność. (Baczko, s. 222).

Na inny skutek pielgrzymki zwraca uwagę amerykański teolog i filozof George Weigel: Bo czego właściwie Papież dokonał w roku 1979, w czasie pierwszej pielgrzymki do ojczyzny? Zwrócił Polakom ich historię i kulturę i tym sposobem zainicjował rewolucję sumienia, którą była w swojej istocie Solidarność. Ujmę to tak: przed pielgrzymką wiadomo było, kim są "oni" - rząd, partyjni notable i drobni biurokraci, funkcjonariusze tajnej policji, etc. Ale nie wiadomo było kim jesteśmy "my". Teraz okazało się, że "my" to polskie społeczeństwo, a "oni" są znacznie mniej silni i ważni, niż się przedtem wydawało. (Życie, 27.07.2000).

Przedsierpniowa opozycja demokratyczna ma z kolei do okazania konkretne działania i koncepcje, jak chociażby ogłoszenie Karty Praw Robotniczych tuż przed letnią falą strajków. I choć jej kilkuletnia działalność nie zaowocowała jakimś imponującym zakorzenieniem w fabrykach, a i w roku 1980 skupiała głównie uczącą się młodzież i inteligentów, to przecież istniał Robotnik (w nakładzie kilkunastotysięcznym) oraz grupki skupione pod sztandarem wolnych związków zawodowych. W samym Gdańsku strajk wybuchł z inicjatywy i pod kierunkiem działaczy, których łączyła kilkuletnia zażyłość, mimo, że należeli do różnych ugrupowań: KORu, Ruchu Młodej i Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. To ich wpływ widać w 21 Postulatach, w których znalazły się tzw. "żądania polityczne", to znaczy prawo do organizowania wolnych związków zawodowych, transmisja mszy św. przez radio, ograniczenie cenzury, itp. Obecności inteligentów w Stoczni i działaczy opozycyjnych należy przypisać, że strajk nabrał innego charakteru niż lipcowe strajki w Ursusie i Lublinie, to znaczy nie skończył się na uzyskaniu ustępstw partykularnych, głównie ekonomicznych.

Podobnie organizowanie od podstaw ogromnego związku zawodowego w całym kraju nie byłoby możliwe bez współdziałania inteligentów z robotnikami. Charakterystyczne, że kadry związku, zarówno w wielkich miastach jak na prowincji, rekrutowały się z dwóch środowisk. W mniejszym stopniu zasiliła je opozycja - ze względu na swą małą liczebność i skupienie w kilku głównych miastach. Okazało się natomiast, że jedyną instytucją, która wyszkoliła wielką rzeszę ludzi doświadczonych w organizowaniu czegokolwiek był Kościół. Szczególnie użyteczni okazali się wychowankowie Duszpasterstw Akademickich, Klubów Inteligencji Katolickiej lub grup parafialnych. Z drugiej strony do Solidarności trafiali działacze partyjni - przede wszystkim ci, którzy trafili do PZPR z braku innych możliwości społecznego zaangażowania przed rokiem 1980, a teraz z ulgą oddawali partyjne legitymacje.

Rewolucja w świecie symboli

Solidarność miała cechy robotniczej rewolucji, zwłaszcza w okresie strajkowym, więc zadziałał mit historycznej roli klasy robotniczej i jej walki z ciemiężcą. Proletariackie pochodzenie Związku, jego egalitaryzm, żywiołowy charakter, brak negacji socjalizmu - nawiązywało do tradycji niekomunistycznej lewicy i rewolucyjnej walki PPSu, w której wątek socjalny łączył się z kwestią niepodległości i romantyczną tradycją. Ta ostatnia obecna była także w bardziej bezpośredni sposób, przez nawiązanie do atmosfery i symboliki powstań narodowych oraz romantycznej poezji.

Rewolucyjność Solidarności była nie tylko kwestią samoświadomości ruchu, ale też problemem politycznym i ideologicznym, zarówno po stronie samych władz Związku jak po stronie partyjno-rządowej. Nie było to dylemat teoretyczny lecz o dalekosiężnych skutkach praktycznych.

Stronie solidarnościowej trudno było stosować nazwę "rewolucja" gdyż zbyt widoczne były różnice w porównaniu z innymi rewolucjami. Przede wszystkim nie chciano łączyć Solidarności z pojęciem, które zakładało przemoc. Szczycono się, że "w ciągu 16 miesięcy nie rozbito ani jednej szyby". Dlatego albo mówiło się o rewolucji duchowej, moralnej, albo o "samoograniczjącej się rewolucji" (pojęcie to przypisywane jest Jadwidze Staniszkis, doradczyni Związku). Określenie to miało zachować taki aspekt rewolucji jak głębokość i nagłość zmian, a jednocześnie podkreślać wyrzeczenie się przemocy jako metody działania, a także przywiązanie do zasad demokracji i tolerancji. Jednocześnie chodziło o podkreślenie przewidywalności zachowań i racjonalizmu żądań wobec władzy, a także liczenie się z geopolityką (czyli możliwością sowieckiej ingerencji). Trzeba przyznać, że "samoograniczająca się rewolucja" nie była pojęciem niewinnym, o charakterze naukowym lecz została wymyślona w ogniu ideologicznej walki. Perswazyjność tego określenia obliczona była zarówno na przeciwnika jak na własne szeregi, nie mówiąc już o zagranicy.

Dla komunistów słowo "rewolucja" było elementem walki proletariatu (ale przecież nie przeciwko władzy komunistycznej) i dlatego trudno im było je stosować. Używali więc terminu "kontrrewolucja", które w tej tradycji oznaczało politykę konfrontacji. Pozytywną konotację terminu "samoograniczająca się rewolucja" komuniści próbowali zniweczyć przy pomocy określenia "pełzająca kontrrewolucja". Bronisław Baczko zauważa, że zmuszony do samoograniczania się ruch nadrabia często na poziomie symbolicznym to, czego nie może osiągnąć inaczej (Baczko; 232-233). Jednocześnie twierdzi, że aktem rewolucyjnym było nadanie związkowi nazwy niezależnego i samorządnego, którą to totalitarna władza komunistyczna musiała uznać za legalną (ibidem). W tym sensie można się zgodzić z komunistami, że Solidarność z definicji była ruchem "kontrrewolucyjnym".

Parafrazując komunistyczną nowomowę można było powiedzieć, że Solidarność była "pokojowa w formie, rewolucyjna w treści". Aparat partyjny słusznie rozumował, że Solidarność jest z gruntu antykomunistyczna, bo zaprzecza totalitarnej strukturze państwa. Tyle, że rewolucyjność ruchu realizowała się głównie w wymiarze symbolicznym. Przejawem tej postawy było ustawiczne świętowanie zakazanych rocznic, wiążące zerwane nici tradycji. Nagle można było mówić i wspominać. W ciągu roku uczczono wszystkie ważne i zakazane rocznice. Bronisław Baczko nazwał tą eksplozję wspomnień Kalendarzem pamięci zbiorowej w stanie wybuchu. Jak zauważa Magdalena Żadkowska: Ogólna tendencja do przerostu symboliki sama z siebie sprzyjała niezwykłemu natężeniu i dynamice pamięci zbiorowej, którą daty, miejsca, mity i rytuały w jakimś sensie organizowały. W wolnym kraju nikt nie wytrzymałby cotygodniowych uroczystości i akademii, ale w 1980 i 1981 roku wynikały one po pierwsze z radości, że można, a po drugie z obawy czy za rok też będzie można.

5 września 1981 rozpoczął się I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ Solidarność. Delegaci zdawali sobie niewątpliwie sprawę, że nie jest to po prostu zjazd związków zawodowych. Było to zgromadzenie patriotyczne, alternatywny parlament bez precedensu w bloku radzieckim, Zgromadzenie Narodowe i to nie tylko stanu trzeciego. Jak można było przewidzieć, symbolika Polskiego Zgromadzenia Narodowego była wspaniała. Od momentu, kiedy elektroniczna tablica do ogłaszania wyników zajaśniała znakiem krzyża i słowami "Polonia semper fidelis", kiedy Wałęsa wstał i raz jeszcze zaintonował "Jeszcze Polska nie zginęłą...",a potem "Boże coś Polskę..." - bezduszna zazwyczaj hala Olivii zapełniła się duchami męczenników narodowych. Nie tracono żadnej okazji, by zademonstrować, że to tutaj znajdują się prawdziwi spadkobiercy wielkiej polskiej tradycji, ideałów, tej innej, prawdziwie ludowej Polski, której historia oznaczona została nazwami miesięcy. (Ash, s. 135)

Związek Zawodowy Sarmatów

Że Solidarność nie była tylko związkiem zawodowym wiedzieli wszyscy. Była wszystkim - z konieczności. I choć dosyć szybko utorowała drogę innym obywatelskim inicjatywom, które wyrastały jak grzyby po deszczu, to przecież i tak musiała być związkiem zawodowym Polaków wobec totalitarnej struktury wszechobecnego państwa (niewydolnego w swym funkcjonowaniu, ale nadal posiadającego jego cechy strukturalne). Co ciekawe, odradzające się za sprawą Solidarności społeczeństwo obywatelskie, nawiązywało w swej strukturze do Pierwszej Rzeczpospolitej. Władza centralna Związku opierała się na autorytecie, a nie na prerogatywach scentralizowanej struktury, a decyzje podejmowano metodą consensusu. Formuła ta była czasochłonna, ale dawała związkowi niezwykłą siłę i wymuszała wypracowywanie kompromisów, ponieważ nikt nie miał możliwości narzucania swojego zdania. Na podobieństwo stylu rządów Solidarności z demokracją szlachecką zwrócili uwagę przede wszystkim historycy zachodni, opisujący niezwykłe dla siebie zjawisko.

Fascynującą paralelę historyczną można znaleźć także dla organizacyjnej struktury Solidarności. We wczesnym stadium Wałęsa odrzucał koncepcję scentralizowanej organizacji, działającej w oparciu o potężną centralną egzekutywę, wydającą zarządzenia sekcjom regionalnym. Wypowiadał się natomiast za niezawisłością istniejących Regionalnych Komitetów Strajkowych, których delegaci do Krajowej Komisji Koordynacyjnej mieliby swobodę przyjmowania lub też ignorowania jego zaleceń. (...) Jest to struktura zadziwiająco podobna do struktury sejmu i sejmików dawnej Rzeczypospolitej. Wałęsa - jak dawny polski szlachcic, którego zresztą tak niesamowicie przypomina - instynktownie chyba zdaje sobie sprawę z tego, że podstawowe niebezpieczeństwo tkwi w absolutystycznych ambicjach władzy państwowej. Jeśli tak jest w istocie, można uznać, że polska klasa robotnicza przywraca do życia polityczne tradycje demokracji szlacheckiej - tradycje, które jak się zdaje przetrwały niemal dwa wieki walki z przeciwnościami. (Davies: Boże Igrzysko, s. 797-798).

W tych ostatnich miesiącach Solidarność najbardziej przypominała polską demokrację szlachecką między XVI a XVIII wiekiem. Zjazdy regionalne były sejmikami, Zjazd - Sejmem. Delegaci na Zjazd, niczym posłowie na XVII-wieczny Sejm, wiedzieli, że po paru dniach wrócą do swojego regionu i będą musieli odpowiadać przed równymi sobie, którzy dali im "instrukcje". Monarcha elekcyjny - Wałęsa - był jak dawniej ograniczony przez bojową niezależność szlachty regionalnej, jej głęboką nieufność do jakiejkolwiek władzy centralnej, jej liberalne cieszenie się niemal nieograniczonym prawem do burzliwej, niekończącej się niezgody w sporach między sobą. Często regionalny przewodniczący dokonywał tego, co w XVII wieku nazywano "rokoszem", rodzajem legalnej rewolty. Brakowało tylko liberum veto. (..)

Polska demokracja szlachecka była czymś wyjątkowym w ówczesnej Europie. Prawo do oporu, poszanowanie wolności jednostki, idee consensusu, wolności mowy i tolerancji religijnej sprawiły, że demokracja ta uzyskała miano "złotej wolności". Wyprzedzała ona liberalną demokrację, która w późniejszych wiekach i szczęśliwszych krajach została rozszerzona na wszystkich obywateli, a nie tylko na szlachtę. (...)"Złota wolność" padła jednak ofiarą "realiów geopolitycznych" (...) Ale pozostawiła bogatą spuściznę myśli i wspomnień: myśli, które były pielęgnowane, wspomnień, które wryły się głęboko w świadomość narodową (...). Chyba niewielu tylko intelektualistów wśród delegatów zdawało sobie sprawę z ciągłości, jaka istniała między demokracją szlachecką a demokracją robotniczą. (Ash, s. 143 -144).

Do uwag Asha i Daviesa dodać wypada, że nawet nazwy regionów często nawiązywały do nazw dawnych ziem Rzeczpospolitej, czasami z pominięciem nie tylko ówczesnego (Gierkowskiego) podziału administracyjnego kraju, ale nawet przedwojennej mapy administracyjnej Polski. Natomiast ostatnie zdanie, wskazujące na paralelę między "demokracją szlachecką" a "demokracją robotniczą" jest raczej przejęzyczeniem lub dowodem na potęgę mitu klasy robotniczej. Żadnej "robotniczej" demokracji w latach 1980-81 nie było. Sam Ash przyznaje, że w Solidarności był praktycznie cały Naród, a w jej władzach przedstawiciele praktycznie wszystkich środowisk i "klas".

Przeżycie wspólnoty

Do najcenniejszych pamiątek Pierwszej Solidarności należy przeżycie wspólnoty. Spadek to zdradziecki, jak szata Dejaniry. Na nic bowiem racjonalne wytłumaczenie, że tylko w momentach szczególnych i na krótką chwilę możliwe jest takie napięcie emocjonalne. Żal utraconego raju, w którym wszyscy byli piękniejsi niż mogli sobie wyobrazić w najskrytszych snach, jest psychicznym obciążeniem, które zawsze poniży obecny stan rzeczy. Takiej jedności Narodu, takiego zaufania do bliźnich, takiej uczciwości i prawości postępowania nie da się ani powtórzyć, ani - tym bardziej - zachować. Czy jest to sprawiedliwe czy nie - cenę za wygnanie z raju sierpniowego mitu płaci dzisiejsza Solidarność.

Jedność narodu

Ireneusz Krzemiński w swojej głównej tezie socjologicznej, dotyczącej wydarzeń lata 1980 roku, pisze: Krystalizacja więzi społecznych na terenie zakładów pracy w czasie akcji strajkowych w lecie 1980 roku była pierwszym rzeczowym przejawem kształtowania się ogólnospołecznego poczucia wspólnoty. Niezadowolenie, krystalizujące wspólnoty pracownicze gotowe do podjęcia zbiorowego protestu w obronie swych interesów, stanowiło konkretyzację, by rzec dobitnie, niejasnego i jeszcze nie dającego się wypowiedzieć w lipcu i na początku sierpnia 1980 roku poczucia wspólnoty ludzi w Polsce. (Krzemiński, s. 78-79).

Ponieważ strajk wpisywał się w mit początku, zrodziła się tendencja do organizowania strajków w całej Polsce już po Sierpniu, w miejscowościach gdzie próbowano zawiązać nowy związek. Tendencja ta pozwalała - jak zaznacza Bronisław Baczko - przeżyć raz jeszcze to źródłowe doświadczenie solidarności, aby we własnym zakładzie powtórzyć akt założycielski, a jednocześnie móc się zobaczyć i policzyć w dobrowolnym wspólnym działaniu. (Baczko, s. 234).

Pierwszym elementem mitu początku była jedność Narodu, głoszona przez gierkowski komunizm, a nagle zrealizowana wbrew i przeciw niemu. Poczucie jedności i jej potęgi mieli już strajkujący robotnicy Wybrzeża, wspomagani przez mieszkańców. Kwiaty na bramie Stoczni, codzienne dostawy żywności, obecność inteligentów i młodzieży wspomagającej strajk wewnątrz zakładu, posługa duszpasterska księży, działania i oświadczenia opozycji demokratycznej, a także głodówki solidarnościowe i poparcie modlitwą w wielu kościołach (o czym wiedzieli za pośrednictwem Radia Wolna Europa) - wszystko to dla strajkujących robotników było widomym znakiem, że nie są sami.

Wspólny udział w żywiołowym tworzeniu organizacji związkowej w całym kraju spotęgował czy też tylko upowszechnił na niespotykana skalę poczucie jedności robotników, inteligentów i chłopów. Przez 16 miesięcy wydawało się, że wszyscy bez przerwy skandują: Vivat król, vivat Sejm, vivat wszystkie stany! Łącznie z członkami PZPR, z których niemała część chciała wziąć udział w ogólnonarodowym święcie i uniknąć niewygodnego psychicznie poczucia odszczepieństwa. Liczebność członków partii zmniejszyła się do 3 milionów, bo ludzie oddawali legitymacje. Z tych, którzy zostali w partii, ponad 700 tysięcy wstąpiło do Solidarności. Wśród nich zrodził się ruch wewnątrzpartyjny, który postanowił zdemokratyzować samą partię - tak narodziły się tzw. "struktury poziome". Jak zauważa Norman Davies, z blisko dziesięcioma milionami członków Solidarność reprezentowała prawie każdą rodzinę w kraju i stąd wyrażała wolę przytłaczającej większości narodu. (Davies, s. 36).

Wzajemna fascynacja klas

Drugi element mitu zbudowała wzajemna fascynacja inteligentów i robotników. Bernard Margueritte, wieloletni korespondent francuski w Polsce wspomina: w Stoczni szybko zrozumiałem, że niewiele o Polsce wiedziałem. Zakładałem, że polska klasa robotnicza jest zdemoralizowana, że jest apolityczna, że nic nie wie o świecie. A z tymi robotnikami miałem najciekawsze rozmowy mojego życia! Oni byli inteligentni, wrażliwi, ideowi i rozsądni zarazem, doskonale znali realia światowe! To było pierwsze moje olśnienie. (Tygodnik Solidarność, 1.09.2000).

Po raz pierwszy w społeczeństwie dążącym do "bezklasowości", ale o przepaści większej między "pracownikami umysłowymi" i "pracownikami fizycznymi" niż na Zachodzie, nastąpiło spotkanie kadry z robotnikami. Szersza rzesza doświadczyła tego, co od kilku lat było wiadome nielicznym opozycjonistom, działającym wśród robotników. Otóż w dużych zakładach funkcjonowała spora elita robotników wykwalifikowanych, głównie młodych, oczytana, z niezłym średnim wykształceniem zawodowym, obyciem na "wielkich budowach socjalizmu" gierkowskiej epoki, gdzie nabierała doświadczenia. Młodzi robotnicy doskonale zdawali sobie sprawę z idiotyzmu socjalistycznej gospodarki oraz z uwikłania i ich, i kadry zarządzającej, w system uniemożliwiający racjonalną produkcję. Szczuci na siebie przez partyjnych biurokratów odkryli wspólnotę interesów: razem mogli wyzwolić się z braku podmiotowości. Ruch odrodzenia narodowego i moralnego, o silnym uzasadnieniu religijnym, wzmocnionym nauczaniem papieża, dawał im szansę na porozumienie i uwolnienie się od głupawej ideologii.

Karnawał i katharsis

Trzecim elementem mitu była solidarność, będąca warunkiem budowania podmiotowości. Oddajmy jeszcze raz głos Margueritte: Oni wprowadzili, po raz pierwszy w dziejach, rewolucję na kolanach, modląc się! Po prostu chcieli budować inną cywilizację, daleko od komunizmu, ale daleko też od tego wszystkiego co jest na Zachodzie. "Nie trzecia droga, lecz inna droga", jak mówi Ojciec Święty. Marzyli o "cywilizacji miłości", o świecie, gdzie nie pieniądze i postęp li tylko materialny się liczy, lecz wartości moralne i duchowe, godność osoby ludzkiej, jakość życia obywateli. Robotnicy Sierpnia chcieli wprowadzić zupełnie nowy sposób uprawiania polityki, myślenia o polityce. Pragnęli zniszczyć podział na MY—Oni. Każda i każdy miał być w pełni OBYWATELEM swojego kraju. To wymagało prasy na służbie ludzi, nie kłamiącej, nie dyktującej niczego, nie perorującej, nie szafującej wyrokami, lecz pozwalającej każdemu wyrobić sobie własny pogląd. To wymagało budowy "społeczeństwa obywatelskiego". (Tygodnik Solidarność 1.09.2000).

W sferze symboli Sierpień stał się świętem, karnawałem, oczyszczeniem. Doszło do zmiany podmiotu. To robotnicy postanowili wziąć sprawy we własne ręce, bo "robotniczy" rząd nie dbał o nie wcale. W praktyce nastąpiło wspólne wystąpienie różnych grup, które miało charakter moralny (i w tym sensie bezinteresowny), choć był zarazem wystąpieniem we własnym interesie - powiada badacz ówczesnych przemian społecznych, Ireneusz Krzemiński. (Krzemiński, s. 81), Dawało to wszystkim pracownikom przekonanie o własnym znaczeniu i własnej podmiotowości. Znaczenie strajku na Wybrzeżu polegało przede wszystkim na tym, ze jego oddziaływanie zamykało toczący się już od dawna proces kształtowania nowej świadomości społecznej ludzi pracy w Polsce. (Krzemiński, s. 87). Wraz z podjęciem rozmów z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym skończył się "stary świat".

Zachwyceni tą robotniczą jednością i zaangażowaniem intelektualistów z opozycji Polacy zaczęli masowo przystępować do Związku. Zupełnie jak gdyby w Polsce zapanował duch Zielonych Świątek. Nie widziano takiego rozluźnienia języków od czasów polskiego Października, czyli od dwudziestu czterech lat. W tym kolejnym październiku partia jednak nie przewodziła debatom, lecz wlokła się w ogonie. To za pośrednictwem Solidarności młodsza generacja zaczęła gwałtownie artykułować swoje krzywdy i aspiracje. To Solidarność zasypała przepastny dystans między rodziną a narodem. To była nareszcie ta organizacja świata, z którą młode pokolenie mogło się identyfikować i w której głos jego naprawdę się liczył. (Ash, s. 47).

Granice wieku i geografii

Przewodniczący regionalnych komisji krajowych mieli nierzadko po 26 lat. Siłą napędową Związku byli ludzie dwudziestoparo- i trzydziestoparoletni. Ale byli z nimi kombatanci Polskiego Października, a nawet pokolenie wojenne. Żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i AKowcy, a nawet ostatni uczestnicy Bitwy Warszawskiej, po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat znajdowali publiczny szacunek i audytorium. Zniknęła międzygeneracyjna przepaść. "Zaplute karły reakcji", październikowi rewizjoniści, "marcowi komandosi", przywódcy wydarzeń grudniowych - bez trudu znajdowali wspólny język z młodzieżą.

Jak na rewolucję, na dodatek prowadzoną głównie siłami młodych, była ona niezwykle "konserwatywna", bo czciła autorytety. Świadkowi historii byli w cenie dlatego, że przy zakłamania historii i braku dostępu do środków masowego przekazu, byli przekazicielami "historii oralnej". Podobny szacunek, z analogicznych powodów, otaczał naukowców-humanistów. Niezliczone wykłady, prelekcje i spotkania w zakładach pracy zapoznawały z bezdebitową literaturą i pisarzami zakazanymi przez władze oraz tzw. "białymi plamami" w historii Polski i świata. Zasypanie przepaści międzygeneracyjnej było jednym z najbardziej widocznych składników odbudowanej więzi narodowej.

Literacki Nobel dla Czesława Miłosza, zakończony tryumfalnym pochodem przez Polskę, zwiększył powszechne zainteresowanie nie tylko dla nieznanego w kraju poety, ale dla całej emigracyjnej literatury. Tym samym padła ostatnia bariera, dzieląca Polaków na "krajowych" i emigrację.

Wystąpienie w 2000 roku z okazji 20 lecia "S" na sesji PAT w Krakowie
Zdjęcie autora z roku 1983, z karty akredytacjnej podczas wizyty Jana Pawła II w Polsce, czerwiec 1983

Bibliografia
Timothy Garton Ash: Polska rewolucja. Solidarność 1980 - 1981; Res Publica, Warszawa 1990
Bronisław Baczko: Polska czasów Solidarności, czyli eksplozja pamięci; w: Wyobrażenia społeczne; Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1994
Norman Davies: Postscriptum [1] (1981) i Postcriptum [2] (1990); w: Boże Igrzysko Wydawnictwo Znak, Kraków 1992
Norman Davies: Orzeł Biały; Kraków 1998
Marcin Frybes, Patrick Michel: Po komunizmie; Wydawnictwo Krupski i S-ka, Warszawa1996
Jerzy Holzer: Polska 1980-1981. Czasy pierwszej Solidarności; Agencja Omnipress, Warszawa 1990 (za Instytut Literacki, 1984)
Ireneusz Krzemiński, Solidarność - Projekt polskiej demokracji, Oficyna Naukowa, Warszawa 1996
Antoni Prochaska: Sobór w Konstancji; UNIVERSITAS, Kraków 1996
ks. Józef Tischner, Etyka Solidarności, wyd. III, Studencka Oficyna Literatów i Dysydentów, Warszawa 1984
Józef Tischner: Polski kształt dialogu; Biblioteka Spotkań, Kraków-Warszawa-Lublin, 1980
Tomasz Wiścicki, Sierpień wciąż aktualny, w: Więź 8\2000, s.4-6
Tomasz Żukowski, Świadomość historyczna Polaków w połowie lat dziewięćdziesiątych, w: Ofiary czy współwinni, Oficyna Wydawnicza Volumen Fundacja im. Friedricha Eberta, Warszawa 1997
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 



 
za: Promieniści nr 10/86 z 1987-02-16
Internetowe Archiwum Opozycji Demokratyczej w Małopolsce lat 1976-1989
           Realizowane przy współudziale Stowarzyszenia dla Małopolski            
poleć ten serwis znajomemu