forum     goście     linki     kontakt     szukaj     start         
Nasze informacje
Wystawa
Archiwum
Tamte czasy
Nasza sonda
Adam Michnik nie został zaproszony na prezydencką uroczystość z okazji Marca 68. Fakt ów oceniasz:
pozytywnie
negatywnie
zobacz wyniki
archiwum sond

Małopolska
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
1988-10-31
Niepokorni
O wszystkim okoliczności zadecydowały dość wcześnie. Okoliczności i czasy nieprzychylne ludziom i myślom. Kazimierz Fugiel urodził się w 1941 roku w jednej z rzeszowskich wsi. Ojciec walczył w AK, zajmował się aprowizacją, organizacją zaopatrzenia. Musiał być w całkiem sporym oddziale, skoro przekazał wojskom radzieckim 3,5 tysiąca niemieckich jeńców.

Matka wniosła w małżeństwo prawie 6 hektarów ziemi. Na Rzeszowszczyźnie, gdzie bieda aż piszczała, był to niemalże pański majątek. Ale wspomnienia Kazimierza Fugla dotykające dzieciństwa dalekie są od sielsko-anielskich obrazków życia na wsi.

- To były straszne czasy, czasy Stalina. Terror potworny. Ojciec się ukrywał, my z matka pracowaliśmy w polu. Już w czerwcu przychodziły nakazy odstawienia zboża, które nawet nie było skoszone. W połowie miesiąca miała być pierwsza dostawa, więc w dzień się kosiło a w nocy młóciliśmy, żeby zdążyć.

Kułackie dzieciaki nie wiedziały nawet, że latem można gdzieś wyjechać, bo przecież wakacje. Po szkole szły do pracy w polu; tyle było nauki co zapamiętały z lekcji.

Zanim władza ludowa zaczęła rozprawiać się z wrogami ludu, starsza siostra i brat zdążyli dostać się do gimnazjum w Łańcucie i Kańczudze. Dla Kazimierza Fugla syna AK-owca i kułaka miejsca w okolicznych szkołach nie było. W końcu matka dowiedziała się, że w Łodzi księża salezjanie prowadzą dwuletnią szkołę zawodową z internatem. Fugiel nauczył się tam zawodu, a przede wszystkim - jak sam podkreśla - uczciwej rzetelnej pracy.

W szkole szło mu nieźle, a że pracy dla niego na Rzeszowszczyźnie nie było, został u księży w Łodzi. Jednak i tam były spore kłopoty - Łódź była miastem zamkniętym, dostawało się meldunek na trzy miesiące. Więc po roku wrócił do swoich. Akurat elektryfikowali wieś, więc zmówił się z kolegą i przekwalifikował się z tokarza na elektryka. Założyli firmę usługową. Nawet dobrze na niej wychodzili, ale na większą skalę rozwijać jej nie mogli, bo wszędzie ścigano tych, co prywatnie robią. Założyli więc punkt usługowy w spółdzielni, ale wyzysk był taki, że szybko robota im zbrzydła.

I znów pomogła Fuglowi matka. Znalazła w gazecie ogłoszenie o naborze chętnych do pracy w Hucie im. Lenina. Jedź - powiedziała - może się zahaczysz.

Kazimierz Fugiel rozpoczął pracę w Kombinacie metalurgicznym w kwietniu 1960 roku. Kilka dni później miały miejsce wydarzenia dowodzące, że proletariat Nowej Huty nie wykształcił w sobie jeszcze świadomości nowego typu.

- Mieszkałem w hotelu robotniczym naprzeciwko posterunku MO - wspomina Kazimierz Fugiel - Zauważyliśmy jakiś ruch, podjeżdżało dużo samochodów, przez okna było widać, że wszystkie pokoje, piwnice są zapchane ludźmi. Ktoś powiedział: jest walka o krzyż. Pierwszego dnia była przepychanka; jak ludzie ruszyli do przodu to odbili krzyż, jak ruszyła milicja, to odbili krzyż, jak ruszyła milicja, to tłum się cofał. Wieczorem ludzie weszli do Dzielnicowej Rady Narodowej, którą zdemolowali. Pamiętam jak paliły się samochody, jak ludzie wyrzucali akta przez okna, pamiętam powybijane szyby. Na drugi dzień było tyle milicji, że już nie można było dojść do krzyża. Dziś buduje się kościoły, ale to też dzięki temu, że myśmy się wtedy o ten drewniany krzyż upomnieli. A represje były, wyroki po 3,5 roku, ludzie pobici. I inne czasy.

Takich jak on było w Nowej Hucie wielu - synowie chłopów, wyrwani ze swoich środowisk, młodzi, wkraczający w zupełnie nowe życie. Proponowano im wartości, których nie rozumieli, odcinano od wszystkiego, co mogło stać się drogowskazem przy dokonywaniu życiowych wyborów: od związku z rodziną, od religii, tradycji, historii. Reagowali na to różnie: w większości zagubieniem, pomieszaniem norm, zaburzeniem poczucia tożsamości. Kazimierz Fugiel oparł się, nie ustąpił. To nie był spektakularny protest. Zwyczajnie został wierny swojemu sumieniu. Nie było to łatwe, ale chroniło przed wieloma wątpliwościami.

Niedługo młody robotnik, Kazimierz Fugiel, poszedł do wojska. Swoje odsłużył, wrócił do Nowej Huty i Kombinatu. Założył rodzinę.

- Ja byłam tak wychowana -mówi żona Kazimierza Fugla, Zofia - żeby nie kłamać. I swoim dzieciom największa karę wymierzałam za kłamstwo. Mieliśmy wielu znajomych, partyjnych-komunistów. Pracowali razem z mężem, mieszkali niedaleko, to i się z nimi spotykaliśmy. Jak poznawaliśmy ich bliżej, okazywało się, że jeden z drugim jest w partii, czerpie z tego korzyści, a do kościoła po cichu chodzi. I jeszcze na studentów poleciał z kablem. Mnie się to w głowie nie mieściło: w niedzielę na mszę, do spowiedzi, a od poniedziałku swoje.

W kolejnych polskich przełomach Fuglowie uczestniczyli z pozycji obserwatorów. Swój punkt widzenia ujawniali jedynie w ocenach rozgrywających się zdarzeń. Może nie wiedzieli do końca jaka jest przyczyna studenckiego protestu w 68 roku, ale wiedzieli na pewno, że nie rozwiązuje się tego biciem. .Grudzień 70 spędzili przy głośnikach radiowych, wyłapując strzępy informacji o strajkach na Wybrzeżu. Przeżywali to bardzo, ale Gdańsk leży na drugim krańcu Polski; ta fala jeszcze do nich nie dotarła.

Gdy Gierek doszedł do władzy, pan Kazimierz był przez krótki czas zafascynowany otwarciem Polski na Zachód, myślał, że kraj pójdzie do przodu. Ale szybko zobaczył, że marzenia nie muszą się spełniać. Buntował się przeciwko marnotrawstwu ludzkiego wysiłku, nieudolności kierownictwa, jawnym nadużyciom. Pojechał do rodziny mieszkającej we Francji i zobaczył, że tam jest lepiej, a przecież miało być gorzej. Widział, porównywał -i jak sam mówi - wyjazd ten pomógł mu zrozumieć wiele rzeczy.

Kazimierz Fugiel twierdzi, że jego świadomość jednak jeszcze spała; trzeba było mocniejszego impulsu. Wiadomości o sierpniowych strajkach 80 roku słuchało się w domu Fuglów nie jak wieści z dalekiego świata. Okazało się, że Stocznia jest na tyle blisko, żeby w HiL-u też się zaczęło. Fuglowie wspominają, jak pani Zofia powiedziała do męża: A co wy robicie? Nic? Jak wam nie wstyd! Znów ma być jak w 70, a wy będziecie cicho siedzieć?!

Śmieją się teraz, że Kazimierz Fugiel nie miał innego wyjścia. Poszedł na nocną zmianę i zrobił strajk, bo żona by go do domu nie wpuściła.

- Przyszedłem na noc i mówię kolegom, że trzeba poprzeć Stocznię. Wszyscy od razu zrozumieli. Nie wiem, skąd miałem taka moc. Wiedziałem przecież, jaką odpowiedzialność biorę na siebie, ale się nie przestraszyłem. Dyrektor przyszedł po godzinie. Przetrzymaliśmy go na stojąco, całą noc dyskutując na temat żądań gdańskich. Po nas stawały inne wydziały - nawet nie wiedzieli, że u nas jest strajk.

Potem zaczęła się normalna działalność związkowa.

- Byłem w poszerzonym składzie Komisji Robotniczej Hutników jako przewodniczący Komisji Zakładowej. Zajmowaliśmy się wszystkim: wczasy, kolonie, zapomogi, kartki na mięso - ludzie podsuwali nam ciągle nowe sprawy. Nocna zmiana wychodzi o 6 rano. Nie chciałem, żeby ludzie musieli czekać na mnie, działacza, do 8, więc przychodziłem też o 6. Niektórzy się dziwili, po co tak rano do pracy przychodzą. A po południu pojawia-ty się nowe problemy, co drugi dzień posiedzenie - wracałem do domu o 11 w nocy. W soboty organizowaliśmy sprzedaż nieprzydatnych narzędzi; towar w samochód i na wieś. Za narzędzia kupowaliśmy warzywa i owoce. Potem sprzedawaliśmy je w Kombinacie -bez zysku, tylko za koszt transportu. Uważałem, że to moja powinność wobec ludzi, nie żebym sobie dniówkę za to pisał. A teraz działacze tych nowych związków przychodzą w soboty, żeby mieć nadgodziny, choć wiedzą, że pracy dla nich nie będzie.

W grudniu stanął cały Kombinat. Nawet pracownicy administracji zeszli z biurowca do hal. Jednak hutnicy nie byli przygotowani na zastosowany sposób likwidacji strajku. To był wstrząs.

- Po rozbiciu Huty zaczęliśmy się szukać. Nie było wiadomo gdzie kto mieszka, kogo zamknęli. Trzeba było organizować pomoc: przekazywanie informacji, lekarstwa, żywność. Ksiądz Palmowski dal nam miejsce w Arce - tam mogliśmy być razem, do księdza zanosiło się związkowe składki. No i nie spodobało się, że ja tak chodzę, pomagam, organizuję. Już w maju poszedłem do internatu.

- Jak męża zamknęli - mówi pani Zofia - przychodziło do nas dużo ludzi, których nawet nie znałam. Koledzy męża z Huty chcieli mnie podtrzymać na duchu, ale są: mi byli załamani. To ja ich brałam ze sobą na odwiedziny do obozu. Jak zobaczyli jak tam jest, jaki jest nastrój, to wracali bardziej umocnieni. Te znajomości przetrwały do dziś.

- W Załężu to już byłem wcześniej, z paczkami dla internowanych. No i w końcu to moje rodzinne strony; łatwiej się dogadać ze służbą więzienną. Oni chętnie z nami rozmawiali, wielu chyba coś rozumiało. Tak się z nami zżyli - śmieje się Fugiel - że razem z nami przenieśli się do Łupkowa.

Do Łupkowa zostali wysłani, bo zaprotestowali, gdy przeniesiono ich do brudnych cel z brudnymi kocami. Kierownictwo obozu nie chciało rozmawiać, więc urządzili koncert kociej muzyki: walenie łyżkami, miskami i czym tylko się dało Nie wiadomo, kto pierwszy wpadł na pomysł, żeby w drzwi i ściany cel uderzać drewnianymi ławkami. Drzwi były mocne, najwyżej odpadło kilka listewek odsłaniając gołą blachę. Klawisze patrzyli na to z uśmiechem. Lecz z korytarza więziennego nie mogli zobaczyć, jak pod uderzeniami ławek ustępują ściany.

- Oni nawet nie słyszeli, że ściany pękają - śmieje się Kazimierz Fugiel. - By ł łomot, to był. Zorientowali się dopiero, kiedy otworzyli drzwi do jednej celi, gdzie siedzieli wszyscy. Zrobiliśmy między celami korytarz. Straszyli, że zapłacimy jakieś odszkodowanie, a wtedy jeden kolega powiedział, że protokołu zdawczo-odbiorczego nie podpisał więc odszkodowania nie zapłaci. A zawaliło się dlatego, że za bardzo oszczędzali na cemencie. I za karę nas przenieśli.

Zresztą często ogłaszali przeniesienie ośrodka. Chodziło o to, żeby przeszukać nasze rzeczy. [cenzura]

- W internacie wiele się nauczyłem, wiele skorzystałem - ciągnie Kazimierz Fugiel – i władzy mogę jedynie za to podziękować. Czy ja, prosty robotnik, spotkałbym kiedyś tych wszystkich ludzi - artystów, profesorów. A tak mieliśmy czas na rozmowy, dyskusje. Wiele się dowiedziałem. Działalnością praktyczną też się zajmowaliśmy: robiliśmy znaczki-cegiełki, a pieniądze z ich sprzedaży szły na działalność związkową. Żona po każdej wizycie wy-woziła kilkaset sztuk.

Zdobyte w internacie umiejętności poligraficzne wykorzystywał Kazimierz Fugiei, kiedy już wrócił do domu.

- Kiedy ks. Palmowski odchodził z Arki, to mówi: „Kazek, musicie coś zrobić". Pieniędzy by h mało, wiec uruchomiliśmy tzw. pocztę czyli wytwórnię kopert. Rozprowadzaliśmy je po 50 złotych i z tego powstał fundusz pomocy. Utrzymaliśmy się przez 6 miesięcy, ostatnia była na rocznicę września 39. [cenzura]

- Pewnego dnia, w październiku czy w listopadzie, przyszli, zrobili rewizję. Nic nie znaleźli, lecz pokazali taki papier, z którego wynikało, że wiedzą wszystko.

Okazało się, że mój najbliższy współpracownik był słabszy -jak zrobili u niego rewizję, to nie wytrzymał. Do tego bardzo chciał dostać paszport. Akurat była wtedy jedna z akcji ujawnień, więc ujawniłem się jako przywódca grupy pocztowej. Przestawiłem się na inną działalność. Udało nam się przerzucić spod Przemyśla 67 ton ziemniaków dla naszych ludzi. Daleko, ale tam żywność zdrowa, no i chłopi dają z dobrego serca.

Odkąd Kazimierz Fugiei zaczął działać w Solidarności oraz później w okresie stanu wojennego, jego żona musiała sama zająć się domem i wychowaniem synów. Dojrzewanie starszego – obecnie studenta historii – przypadło na czas po 13 grudnia. Podstawy moralne dał mu dom. Potem przyszła kolej na samodzielne uczenie się świata. A świat był wszędzie: w książce, na ulicy w czasie demonstracji, w bibule. Groziło nawet wyrzucenie ze szkoły - taki był pomysł dyrektora - za malowanie napisów na murach. Ale przyszły wakacje, jakoś się rozeszło i większość nauczycieli była przychylnie nastawiona do chłopca.

Młodszy pilnował się matki, towarzyszył jej wszędzie, jeździł na wizyty do ojca do internatu.

- On tu przeżył wszystkie rewizje - mówi pani Zofia - na wszystko się napatrzył. Jak był mniejszy, to nie zwracali na niego uwagi, więc wychodził z domu, że niby na podwórko. Nic nie musiałam mówić. Stawał przed klatką; zaraz- wszyscy wiedzieli, że u nas rewizja. Teraz za bardzo urósł; nie pozwalają mu wychodzić.

Rzeczywiście, Grzesiek Fugiei ledwo mieści się w drzwiach. Nie trzyma się matczynej spódnicy, ma swoje pomysły. Dwa lata temu spędził wakacje w koszalińskiem. Tam był niedaleko Wał Pomorski - tłumaczył po obozie - więc wraz z kolegami postanowiliśmy pójść 22 lipca na cmentarz, żeby pomodlić się za poległych żołnierzy, jakoś uczcić ten dzień.

Modlili się, śpiewali pieśni. A głosy mieli silne, pieśni nie takie, więc zakłócili przebieg oficjalnej uroczystości. Z trudem zapakowano ich do milicyjnej nyski; klęczeli mocno trzymając się pod ręce. Zawieziono ich na komendę MO, pytano o przynależność organizacyjną. Szybko wyszli, dzięki interwencji księdza prowadzącego obóz; mieli zresztą po 15-16 lat. Jak wyszli to uklękli przed komisariatem i pomodlili się za tych, którzy ich zamknęli.

- Zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego - wspomina pani Zofia -wzywa mnie dyrektorka szkoły i pyta rży wiem. że syn należy do wywrotowej organizacji. Ja na to: "Dlaczego pani nie mówi od razu, że chodzi o zatrzymanie podczas wakacji?" Ja o tym doskonale wiedziałam, i jestem dumna, że syn jest takim patriotą.

Patriotyzm jest dla Fuglów wartością realną, ważnym elementem manifestowania swoich postaw. Splata się mocno z religią, kształtuje atmosfera domu. Całą rodziną uczestniczą w mszach za ojczyznę, czytają książki historyczne, cenią związki z tradycją. Pojadą w Góry Świętokrzyskie na uroczystości sprowadzenia prochów Ponurego, odwiedzą Maryjne sanktuaria.

Kult Matki Bożej to wyznacznik ich religijności. Jest żywy, autentyczny, domowi potrzebny.

- Jak poproszę Matkę Bożą, żeby mi pomogła - pani Zofia zniża głos, jakby mówiła o jakimś tajemnym sekrecie - zawsze mnie wysłucha, zrozumie.

Ta wiara daje Zofii Fuglowej niezwykłą siłę. Mario, Ty musisz mi pomóc - modli się, gdy trudności zdają się być nie do przezwyciężenia. I wszystko się udaje. Tak modliła się, kiedy podczas strajku na przełomie kwietnia i maja 88 wchodziła bez przepustki na teren Huty (Kazimierz Fugiel był członkiem Komitetu Strajkowego).

- Powiedziałam sobie, że muszę tam iść, sama wszystko zobaczyć. Upiekłam ciasto - u nas w sobotę zawsze piecze się ciasto - papier przewiązałam biało-czerwonymi wstążkami, bo przecież mogły im się przydać. Modliłam się. Przeszłam przez bramę i nikt nie zapytał mnie o przepustkę.

Wtedy pani Zofia często odwiedzała Kombinat. Pamięta dni, kiedy strajkujący wierzyli w zwycięstwo i takie, kiedy od kompletnego załamania dzielił ich maleńki kroczek. Podobno najgorszy był 2 maja. Widziała wtedy zmęczoną twarz męża, jego kompletnie odparzone stopy, słyszała głos wydobywający się ze zdartego ciągłymi przemowami gardła. Gdy do Kombinatu wjechało ZOMO wiedziała, że mąż został aresztowany, ale wiedziała również, czuła, że nic mu się stać nie może. Znów w domu pojawili się ludzie chcący pomóc, została otoczona troskliwą opieką.

- Z Wikariatu [cenzura] dostałam 20 tysięcy. Ale ja nigdy wcześniej takich pieniędzy na dom nie brałam, mąż zawsze oddawał. Tak i teraz odłożyłam te pieniądze, ale imieniny idą i bałam się, żenię wystarczy. A tu jakaś pani przyniosła mi koszyk jajek. Jeden pan, jak się dowiedział z Wolnej Europy, że męża zamknęli, przywiózł mi ze wsi kiełbasę. Tyle tego było, że jeszcze przyjaciół obdzieliłam. Właściwie miałam od ludzi wszystko i jeszcze do dziś dostaję.

Sami też lubią pomagać, choć o tym mówią bardzo niechętnie. Ale przecież wiadomo, że jak potrzeba, to pani Zofia coś uszyje, przypilnuje dziecka, pan Kazimierz skrzyknie ludzi, żeby pomogli odnowić mieszkanie. Grosza nie wezmą, bo ludzi trzeba wspierać, nie na nich zarabiać.

[cenzura] - dyryguje pomocą charytatywną. Pomaga kapelanowi hutników, ks. Tadeuszowi Zaleskiemu w tworzeniu domu dla dzieci niepełnosprawnych. Niedługo sierpień, więc o pielgrzymce też trzeba myśleć. Jeszcze domowa apteka - część leków z darów leży w ich mieszkaniu.

- Jeden klawisz na Montelupich spytał mnie - mówi pan Kazimierz - czy on też może przyjść po lekarstwa. Odpowiedziałem, że nie dzielę ludzi na czerwonych i innych. Jeżeli człowiek potrzebuje, to mu się pomaga. Bo ja do polityki się nie mieszam. Niech sobie będzie (...) ten ustrój, byle tylko sprawiedliwość była. Na strajku upomniałem się o pieniądze nie dlatego, że mam za mało, ale że innym nie starcza. I także o to, że traktują nas niesprawiedliwie, poniżające. Za 28 lat pracy nie dostałem żadnego odznaczenia, tylko sankcję prokuratorską, ale z tego właśnie jestem dumny. Ludzie mogą mi zaufać, wiedzą, że na żadne układy nie pójdę. Swoje też wiem.

Elżbieta Kisielińska
Powściągliwość i Praca, nr 10, październik 1988
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 



 
za: Promieniści nr 10/86 z 1987-02-16
Internetowe Archiwum Opozycji Demokratyczej w Małopolsce lat 1976-1989
           Realizowane przy współudziale Stowarzyszenia dla Małopolski            
poleć ten serwis znajomemu