forum     goście     linki     kontakt     szukaj     start         
Nasze informacje
Wystawa
Archiwum
Tamte czasy
Nasza sonda
Adam Michnik nie został zaproszony na prezydencką uroczystość z okazji Marca 68. Fakt ów oceniasz:
negatywnie
pozytywnie
zobacz wyniki
archiwum sond

Małopolska
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
2006-01-31
Niszczyli silę oporu
- Dlaczego zdecydowała się Pani podać do publicznej wiadomości agentów komunistycznej Służby Bezpieczeństwa?

- Jest kilka powodów, dla których ta prawda musi ujrzeć światło dzienne. Przede wszystkim dawni tajni współpracownicy służb specjalnych, dopóki nie są zdemaskowani lub nie ujawnili się sami, mogą pod wpływem szantażu działać na szkodę różnych instytucji, społeczności czy państwa. Ujawnienie tych nazwisk daje też szansę obrony ujawnionym. Pragnę również podkreślić, że ludzie, którzy z nimi pozostają w różnych relacjach, osobistych czy służbowych, mają prawo do tej wiedzy. Nie można również zapominać, że człowiek, żeby zrealizować swą ludzką wolność, musi ponosić odpowiedzialność za swoje wybory, niezależnie od tego, jakie były motywy tych wyborów - strach przed represjami, przemoc bezpieki, chciwość czy też zwykła ludzka podłość i zawiść. Ale pamiętajmy, że ci ludzie mieli blisko siedemnaście lat na to, by publicznie przyznać się do tego, co robili, i przeprosić. Jeśli nie publicznie, to prywatnie, w gronie dawnych współpracowników z podziemia.
Taka autolustracja byłaby ideałem. Jeśli tego nie zrobili, nie chcą zmierzyć się z prawdą, to pogłębiają swą winę i nadal uchybiają swej ludzkiej godności. Nie wolno przecież utwierdzać ani ich, ani społeczeństwa w przekonaniu, że współpraca z SB czy też służba w tej formacji to niewiele znaczący szczegół w życiorysie. Jest to haniebna plama na życiorysie, której należy się wstydzić, a jeszcze bardziej trzeba ją zmyć i zło wynagrodzić. Po tylu latach zamazywania różnicy między uczciwością a podłością przez tzw. elity, najwyższy czas ostro zarysować granice i odbudować moralną świadomość społeczeństwa. Ujawnienie współpracowników SB powinno być ostrzeżeniem dla każdego, kto sądzi, że można swe haniebne poczynania ukryć na zawsze przed innymi. Prawda zawsze w końcu wyjdzie na jaw. Bardzo ważne jest ustalenie, gdzie aktualnie w strukturach społecznych funkcjonują dawni tajni współpracownicy i funkcjonariusze SB, i ogólnie aparatu komunistycznych represji. Ogłoszenie publiczne nazwisk tajnych współpracowników, być może, przyczyni się do ustalenia tych faktów.

- Czy była Pani zaskoczona tym, kto donosił SB?

- Może nie tyle zaskoczona, ile porażona. Przecież oprócz ówczesnych studentów są wśród donoszących profesorowie o znanym dorobku naukowym. Ludzie, którzy zapewne cieszyli się zaufaniem swych uczniów. Szkoda, że nie było ich stać na szlachetność odpowiadającą prestiżowi stanowiska. Agentura uniwersytecka szkodziła również uczelni, nie tylko zagrażając jej jako placówce naukowo-dydaktycznej, ale symbolicznemu znaczeniu. UJ dla naszego kraju to coś znacznie więcej niż nawet najlepsza wyższa uczelnia. Każdy jej student i pracownik, decydując się na współpracę z SB, ten symbol plugawił.
Prawdziwy problem agentury ma charakter społeczny. Niweczyła ona wysiłki całego narodu zmierzające do odzyskania suwerenności. Szkodziła, zatem nie tylko konkretnym osobom, ale Polsce. Co więcej, dopóki nie będzie ujawniona, szkodzić może nadal, niekoniecznie z własnej woli.

- Służba Bezpieczeństwa inwigilowała Panią w ramach Sprawy Operacyjnego Rozpracowania "Marysia". Co to była za sprawa?

- "Marysia" - to był mój pseudonim w podziemnej "Solidarności". Zatem sprawą była moja działalność "antysocjalistyczna na wszelkich polach". Wiem z wypowiedzi przesłuchującego mnie funkcjonariusza, że interesowała ich również treść moich wykładów na uczelni, mieli o nich jakieś informacje.

- Czy raporty SB odzwierciedlają prawdę o tamtych czasach?

- W dużej mierze tak; bezpieka wiedziała sporo o podziemiu. Zapewne głównie na skutek gadulstwa przesłuchiwanych. SB nie wiedziała mimo to o wielu rzeczach, a co najważniejsze nie wiedziała o naszych zamiarach przed ich realizacją. W materiałach wyraźnie złagodzony jest opis nieudanej próby przesłuchania mnie 11 września 1986 r. Przyczyną tego złagodzenia była zapewne chęć uśmierzenia niezadowolenia szefów, że nie doprowadzono mnie na przesłuchanie równocześnie z innymi działaczami.

- Czy w okresie konspiracji byty jakieś aresztowania, naloty bezpieki?

- Ja nie byłam aresztowana, natomiast ewidentnie namierzone były niektóre nasze spotkania. Aresztowani byli moi współpracownicy. Mogę raczej powiedzieć, że byłam nękana ostentacyjnym śledzeniem i stwarzaniem pozorów zamiaru porwania.

- Czym obecnie zajmują się krakowscy esbecy, którzy są autorami tych dokumentów?

- Mówiłam już kiedyś, że nie mam pojęcia, co robią ci panowie.

- Po 1989 roku spotkała Pani, któregoś z tych esbeków?

- Na jednego z nich natknęłam się w pociągu, jadąc do Gdańska, notabene na zjazd "Solidarności". Pokazywałam go dosyć ostentacyjnie koleżankom i kolegom, którzy go oglądali jak zwierzątko w ZOO. Był speszony, a nawet przerażony. Właściwie powinnam się tym zainteresować, chociaż bardziej interesowało mnie ujawnienie agentów.

- Czym zajmowali się agenci SB, jakie przekazywali informacje?

- Zdobycie wiedzy na ten temat jest jeszcze przede mną. Na to pytanie będę mogła odpowiedzieć, gdy będę miała możliwość przejrzenia materiałów. Być może, taką wiedzę mieli już inni pokrzywdzeni. Potrzebna jest wymiana informacji. Na razie odtajniono dane osobowe, ale nie miałam w rękach dokumentów. Swoją drogą na to pytanie powinni odpowiedzieć oni sami. Proszę zważyć, że wśród nich są pracownicy naukowi i wychowawcy polskiej inteligencji! Są zatrudnieni w najstarszej polskiej uczelni. Nie wolno się z tym pogodzić! Przy tej okazji ujawniły się wszelkie niedostatki regulacji prawnej: dla-czegóż to ciężar ujawnienia agentury musi spoczywać na pokrzywdzonych? Do takich danych powinien mieć dostęp każdy zainteresowany tym pracodawca. W przypadku pracowników wyższych uczelni, nauczycieli, dziennikarzy, działaczy związków zawodowych lustracja powinna być obowiązkowa.

- Czy IPN przekazał nazwiska wszystkich agentów, którzy donosili na Panią?

- Jeszcze nie. Pragnę podkreślić, że jeszcze nie otrzymałam z IPN wszystkich materiałów, które zbierała SB na mój temat. Uważam, że np. brakuje raportów z lat 1982-1985, także o sprawach znanych SB. Nie ma również żadnego dokumentu o Chrześcijańskim Uniwersytecie Robotniczym, o moich kontaktach z "Solidarnością" Rolników Indywidualnych w diecezji przemyskiej. Uczestniczyłam w wielu akcjach także w tych środowiskach, np. w 1984 r. byłam w Zielone Święta w Zarzeczu. Zostałam zatrzymana i na tę okoliczność byłam przesłuchiwana. Dlatego jakieś materiały z obserwacji mnie musiały wtedy powstać. Nie ma także żadnego dokumentu o akcji liczenia frekwencji w wyborach do sejmu w 1985 r. Nie dostałam również materiałów o kontaktach z Nowym Sączem, o odtwarzaniu Sekcji Nauki, a takie spotkania odbyły się w Gdańsku, Wrocławiu, Lublinie, Krakowie. W każdym z nich uczestniczyło ponad sto osób, a miejscem spotkań były budynki uczelni. To tylko niektóre przykłady większych akcji. Tymczasem otrzymane dokumenty z IPN nie odnoszą się do nich. Być może, wynika to faktu, że moje dokumenty zostały zniszczone 31 stycznia 1990 roku i dlatego ten materiał jest bardzo szczątkowy.

- W jakim stopniu krakowskie środowisko naukowe było zinwigilowane?

- Na podstawie tego ułamka informacji trudno ocenić, ale nie można mieć złudzeń. W latach osiemdziesiątych na Uniwersytecie Jagiellońskim zatrudnionych było 5 tysięcy pracowników, a studiowało ok. 17 tysięcy młodych ludzi. To stwarzało SB duże możliwości.
Pragnę przypomnieć, że to były zupełnie inne czasy, wtedy niespecjalnie zastanawialiśmy się nad planami esbeków, ich planami wobec nas, w każdym razie w moim środowisku. Wiedzieliśmy, oczywiście, że chcą doprowadzić do negatywnej weryfikacji politycznie niewygodnych pracowników, więc zrobiliśmy wszystko, żeby ta akcja się nie powiodła. I rzeczywiście na Uniwersytecie Jagiellońskim SB nie miała sukcesów. Wybory władz Uczelni odbywały się zgodnie z planami "Solidarności", zweryfikować pracowników się nie udało. Komunistyczny Związek Nauczycielstwa Polskiego faktycznie przestał się liczyć, studentów w partii było chyba siedemnastu.
Słyszeliśmy narzekania aktywistów PZPR, że Uniwersytetem Jagiellońskim rządzi partia, której podobno nie ma (mieli na myśli "Solidarność"), a ta w rzeczywistości istniejąca nie ma nic do powiedzenia. Przypuszczaliśmy, że wśród naszych kolegów i studentów są donosiciele. Gdyby policzyć nasze podejrzenia, to ich liczba byłaby większa, niż to wynika z przekazanych dokumentów.

- Czy wśród tych agentów są Pani dawni współpracownicy, znajomi, przyjaciele z czasów podziemia?

- Przyjaciół i znajomych nie ma. Nie potrafię powiedzieć, czy ktoś z nich w czasach konspiry nie współpracował ze mną. Nie starałam się znać nazwisk ludzi, z którymi się kontaktowałam.
W bardzo licznych rozmowach pojawiał się motyw osobistego komfortu psychicznego jako przeszkody w staraniu się o dostęp do akt IPN. Można by wysnuć wniosek, że osoby wrażliwe, subtelne tego nie robią, by nie przeżyć "horroru" uzyskania niemiłej informacji o kimś, kogo się lubi, kogo się ma za dobrego kolegę. Szczególne przywiązanie do złudzeń, ucieczka przed prawdą, o ile mogłaby wiązać się z przykrościami. To bardzo symptomatyczne dla współczesnej inteligencji. Tymczasem ujawnienie agentury jest obowiązkiem, a osobiste przeżycia z niego nie zwalniają. Nie mogę również w żadnym wypadku zgodzić się z sugestiami, że przed ujawnieniem należałoby wyważyć ciężar winy, jak wynika to z niektórych komentarzy.

- Dlaczego?

- Ocena winy czy skali szkód nie jest ani prawem, ani obowiązkiem pokrzywdzonego. W dodatku nigdy nie zrobi tego dobrze. W tej sprawie jedno jest ważne, że ktoś zdecydował się na współpracę z aparatem przemocy przeciw swemu środowisku, konkretnym ludziom, narodowi i państwu. Czy był efektywnym agentem, tego on sam zapewne nie wiedział, ani też nie od niego to tylko zależało. Naiwne są propozycje miernika takiej oceny, np. liczba spotkań z oficerem prowadzącym. To, ilu ich było, nic nie mówi o skali szkód ani też o inwencji samego agenta.
Część osób stanowisko przeciw ujawnianiu nazwisk bez uprzedniej oceny ilustruje takim oto porównaniem - mniejsza jest jakoby wina złodzieja, który ukradł sto złotych, niż tego, który ukradł więcej. I w tym właśnie porównaniu najlepiej widać ułomność takiego rozumowania. Po pierwsze, nie wiadomo, dlaczego złodziej ukradł akurat tyle. Może był mało sprawny albo poszkodowany miał tylko tyle pieniędzy, czyli ukradł mu wszystko. Po drugie, dla jednego sto złotych jest katastrofalną stratą, dla innego nawet tysiąc niewiele znaczy. Ja nie przyjmuję takiej logiki.

- Czy któraś z tych osób przyznała się do współpracy, próbowała usprawiedliwić się, wytłumaczyć z tego faktu?

- Do czasu upublicznienia nazwisk nie słyszałam o tym. Wiem, natomiast, że dla znajomych i współpracowników niektórych z tych agentów informacja o ich roli była wielkim szokiem.

- Czy burzliwe reakcje po ujawnieniu nazwisk informatorów SB były dla Pani zaskoczeniem?

- Spodziewałam się, że ujawnienie nazwisk tajnych współpracowników SB wywoła zainteresowanie. Jego skala jednak mnie zaskoczyła. Mam wrażenie, że tym razem nie była to tylko zwykła pogoń za sensacją, "mięsem dziennikarskim". Stało się, co wreszcie musiało się stać i w pewien sposób wszyscy na to czekali, niekoniecznie z utęsknieniem. Wszystkie właściwie media czuły się zobligowane do jak najszybszej reakcji, a czas w tym przypadku niekoniecznie pomaga rzetelności. Pośpiech i skrót powodują brak precyzji, która w przypadku tych informacji jest niezbędna. Dziennikarze słabo znają regulacje prawne dotyczące ujawniania materiałów archiwizowanych w IPN. Męczące było odpowiadanie na pytania, kto z ujawnionych na mnie konkretnie donosił. Pytanie takie jest mało sensowne, ponieważ każdy donos na członka tajnej struktury oznaczał sytuację zagrożenia dla wszystkich pozostałych, czyli wszyscy agenci pomagający inwigilować Tajną Komisję Zakładową narażali mnie na niebezpieczeństwo.
Pytania dziennikarzy odsłaniają rozmaite nieporozumienia dotyczące kwestii upublicznienia wiedzy o agenturze. Wielu sądzi, że jest to sprawa osobistej relacji między poszkodowanym a agentem. Tymczasem jest to zupełnie marginalne zagadnienie, a dla mnie zupełnie nieważne. Ja nie mam do nich nawet żalu. W tym kontekście muszę wspomnieć o sugestii z bardzo "niskiej półki", jakoby miał to być akt zemsty. Dziennikarka wysuwająca takie przypuszczenie wolną jest od refleksji, że ma ono charakter obraźliwej insynuacji. Oczywiście, reprezentowała pewną gazetę codzienną zawsze broniącą wszelkich praw człowieka.

- Czego oczekuje Pani od osób, które współpracowały z SB?

- Częściowo już powiedziałam - publicznego wyjawienia całej prawdy i przeproszenia nie tylko tych, którym bezpośrednio zaszkodzili, ale wszystkich, bo wyrządzili krzywdę każdemu z nas, uczelni i środowisku naukowemu i oczywiście Polsce. Sobie zresztą też. Muszę tu jasno powiedzieć, że szkodę tę wyrządził każdy, kto wyraził zgodę na współpracę, nawet jeśli był oporny w wypełnianiu swych obowiązków. To niszczyło siłę oporu narodu przeciw ciemiężcom.

- Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Piotr Bączek

za: Opcja, nr 1/49, styczeń 2006
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 



 
za: Promieniści nr 10/86 z 1987-02-16
Internetowe Archiwum Opozycji Demokratyczej w Małopolsce lat 1976-1989
           Realizowane przy współudziale Stowarzyszenia dla Małopolski            
poleć ten serwis znajomemu