forum     goście     linki     kontakt     szukaj     start         
Nasze informacje
Wystawa
Archiwum
Tamte czasy
Nasza sonda
Adam Michnik nie został zaproszony na prezydencką uroczystość z okazji Marca 68. Fakt ów oceniasz:
negatywnie
pozytywnie
zobacz wyniki
archiwum sond

Małopolska
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
2005-08-16
Jerzy Vetulani
Co się stało z naszym zrywem?
Co się stało z naszym zrywem? Młodość jest piękną sprawą, ale nie żałuję tego, że urodziłem się dostatecznie wcześnie, aby zapamiętać kilka wielkich zrywów i uniesień dzielonych przez wszystkich Polaków.

Wyzwolenie Krakowa. Teraz, z perspektywy historycznej, pisze się raczej "wyzwolenie". Ale wówczas...

Niemcy opuścili lewobrzeżny Kraków 18 stycznia, a jeszcze trzy dni wcześniej na Dąbiu wyciągnęli z domów i rozstrzelali 79 cywilnych Polaków. Wszyscy pamiętali uliczne łapanki, w tym tę największą z sierpnia 1944, w której aresztowano około 7000 mężczyzn. Pamiętam też, jak z mamą i pięcioletnim bratem Jankiem uciekaliśmy znad Rudawy przed Niemcami nadchodzącymi, aby spacyfikować Wolę Justowską w lipcu 1943. To, że komuna była straszna okazało się znacznie później, a fizyczny terror nawet w latach 50. był jednak nieporównanie mniejszy niż groza okupacji. A w 1945 roku cieszyliśmy się wolnością i klęską Niemiec.

Drugi wielki zryw to rok 1956. Studenci, ładowaliśmy się w końcu czerwca na poligon na stacji Kraków-Łobzów, a koło nas stały postrzelane wagony towarowe z Poznania. Niepokój oficerów, dyskusje z politrukiem, w których niezapomniany Piotr Skrzynecki (odbył tylko część poligonu, potem został zwolniony), tłumaczył mu, że Minca i Szyra należy rozstrzelać.

A potem październik. Wiece w Rotundzie, na których dowódca krakowskiego garnizonu zapewniał, że polski żołnierz nigdy nie będzie strzelać do Polaka, a szef studium wojskowego UJ, płk Cynkin, ściskał go na estradzie. Teraz, z perspektywy, wydaje się to śmieszną gierką komunistycznych wyższych oficerów, ale wtedy zagrożenie, że Polska pójdzie wariantem węgierskim było realne, i studenci na wiecach w Rotundzie świadomie podejmowali ryzyko. Ukonstytuował się RZM - Rewolucyjny Związek Młodzieży. Ponieważ umiałem stenografować, zostałem protokolantem Zarządu. Wszyscy byliśmy ogarnięci entuzjazmem i wierzyliśmy, że budujemy nową przyszłość. Noce spędzane na naradach w gęstym dymie papierosowym. Było to wspaniałe uczucie tworzenia historii. Znów patrząc z perspektywy to wszystko się szybko rozlazło. Wielu aktywnych bojowników stanowiło potem część partyjnego establishmentu w latach 60. i 70.. niewielu pozostało w opozycji, i to raczej opozycji partyjnej. Drogi ludzi rozeszły się, ale wówczas byliśmy razem: Stefan Bratkowski, Rudek Klimek, Adam Kreisler, Jurek Huczkowski, Janek Kozłowski i wielu innych, a naszymi kandydatami na posłów byli w jednym szeregu Benek Tejkowski ("Precz nam smutki, precz nam troski, był Kościuszko, jest Tejkowski") i Zbigniew Jakus ("Chcesz pożyczki z USA? Głosuj na Jakusa!"). (Jakus został posłem). Ale mimo tego, że drogi ludzi z RZM bardzo się rozeszły, większość z nich czuje jakąś łączność - w pewnym czasie walczyliśmy (i to ryzykując wiele) po jednej stronie i o jedna sprawę - o zniesienie despotyzmu.

Przeskoczmy do tworzenia się Solidarności. Poprzedzało to kilka ważnych spraw. Zwłaszcza znów uniesienie narodowe z powodu wyboru Jana Pawła II. Pamiętam entuzjazm z jakim czekaliśmy na jego przyjazd do Krakowa. Władze miejskie nie mogły się zdecydować, czy pozwolić dekorować budynki ("W tym temacie jeszcze nie mamy jasności" - odpowiedziano na pytanie pracowników Muzeum Narodowego). Oczywiście całe miasto było udekorowane. Dla mnie najgłębszym dowodem na przełom w zachowaniach i nastrojach było właśnie czekanie na przyjazd papieża na Błoniach i Alei 3 maja i msze papieskie. Były tłumy. Wszyscy trwali w uniesieniu zapominając o niedogodnościach, wzajemnie się wspomagając. Nie ulega wątpliwości, że wizyty papieskie obudziły w narodzie to poczucie solidarności, które tak rozwinęło się w sierpniu 1980 r.

Z "S" zetknąłem się w początku września 1980. Coś działo się w Krakowie, w pracy zaczęliśmy dyskusje o nowych związkach. Wraz z Ryszardem Przewłockim pojechaliśmy na AGH, gdzie spotkaliśmy Janka Środonia i Krzysztofa Goerlicha. Oni już wiedzieli co robić. Prawie natychmiast w naszym Instytucie Farmakologii powstała lokalna komisja "S", podległa Komisji Zakładowej Solidarności przy Oddziale i Placówkach PAN.

Polska Akademia Nauk mogła być nie lubiana przez środowisko wyższych uczelni, ale nie ulega wątpliwości, że ta na wzór sowiecki zorganizowana instytucja kierująca nauką była znacznie mniej skomunizowana, niż wywodzące się z szacownych tradycji wyższe uczelnie. Tam bowiem za czasów PRL naczelnym kryterium przyjmowania nowych pracowników było głoszenie "słusznych poglądów" i korzystny wpływ ideologiczny na studentów. Pod koniec na stanowiska asystentów przyjmowano wyłącznie członków PZPR. Ci zaś potencjalni wybitni uczeni, którzy ze względów ideowych mieli być pozbawieni wpływu na młodzież, znajdowali miejsca w instytutach PAN. Sam należałem do tej grupy. Nic dziwnego, że o ile na uczelniach "S" tworzyła się powoli, w instytutach PAN rozwijała się jak ogień w suchym lesie. Przystępowali do niej profesorowie i docenci, co było szczególnie ważnym przykładem dla młodszych pracowników. To właśnie krakowska "S" w PAN - głównie za sprawą Środonia i Goerlicha - intensywnie pracowała nad koncepcją ogólnopolskiej Komisji Porozumiewawczej Nauki. Przyjeżdżali do nas z różnych stron - Buzek z Krzaklewskim z Gliwic, Jerzy Milewski z Gdańska i inni. W końcu ośrodek przeniósł się do Warszawy i Gdańska, ale znów istniało wielkie zaangażowanie i poczucie, ze dokonano czegoś wielkiego.

Dla mnie, poza okazjonalnymi spotkaniami Komisji Porozumiewawczej zaczęła się też zwykła praca związkowa - w Komisji Zakładowej byłem człowiekiem od wczasów, co wcale nie było łatwe, zwłaszcza jeżeli chciało się wprowadzić obiektywne kryteria przyznawania wczasów. Teraz to brzmi dość dziwacznie, ale wtedy była to sprawa życiowa bardzo wielu naszych członków. Jedyną rzeczą "polityczną" jaka robiłem, to redagowałem ostatnia stronę naszego biuletynu, "Głosu PANu". Miała to być kolumna żartobliwa i prześmiewcza. Chciałem ja zatytułować "Trefniś Pański", ale ultrakatolickim kolegom nazwa wydała się zbyt ryzykowna i została ustalona na "Trefniś Małopolski". Muszę powiedzieć, że redakcja "Głosu" często mnie cenzurowała, ale chyba słusznie. Piękny czas Solidarności nie rozmył się tak, jak inne zrywy. To, że został brutalnie przecięty stanem wojennym spowodowało, że nie został, jak poprzednie, zniszczony i poszarpany własnymi rękami, ale przez obcych. Stąd też, jak sądzę, przyjaźnie tam zadzierzgnięte utrzymały się długo, bardzo często ponad późniejszymi podziałami politycznymi. A jak naród cenił "S" najlepiej ilustruje opowieść Krzysztofa Goerlicha. Wyciągnięto go w nocy 13 grudnia, w grupa innych działaczy wrzucono na ciężarówkę, i wieziono gdzieś w kierunku wschodnim. Po pewnym czasie ciężarówka zatrzymała się na obszernym dziedzińcu, ni to pałacowym, ni więziennym. Chcąc dać znać o sobie, internowani zaczęli skandować: „Tu Solidarność, tu Solidarność". Nagle otwarło się okienko i usłyszeli: „Tu złodzieje, jesteśmy z wami!". Okazało się, że stali na dziedzińcu więzienia w Wiśniczu..

Początek stanu wojennego był dramatyczny, i obecne pokolenie trzydziesto- i czterdziestolatków mogą się teraz wymądrzać, ponieważ nie znają atmosfery terroru, odbierającego zdrowe zmysły nawet porządnym osobom. W pierwszych dniach stanu wojennego pisaliśmy liczne listy i apele. Pamiętam, jak straszliwą awanturę zrobiła nam porządna skądinąd pani, że na maszynie z jej zakładu pisane były niektóre z nich. Miała widmo Sybiru przed oczami. Tak się złożyło, że z początkiem października 1981 zostałem naczelnym redaktorem czasopisma Wszechświat (nominacje miałem z 8 grudnia, chyba więc byłem ostatnim w Polsce redaktorem naczelnym sprzed stanu wojennego). Czasopismo zawieszono, ale lokal był otwarty, nikogo nie dziwiło, ze przychodzą tam ludzie, a więc przy Podwalu 1 mogła się zbierać nasza Komisja Zakładowa "S". Zaczęliśmy, w niewielkiej liczbie pisanych przez kalkę egzemplarzy, tworzyć czasopismo "Nierzeczywistość", kontynuujące tradycje "Trefnisia". Stosunkowo szybko powstała jednak zakonspirowana Komisja pod kierunkiem Andrzeja Piątkowskiego, a ja wróciłem do pracy naukowej. Najważniejszą rzeczą, którą wtedy robiłem, to podbieranie papieru maszynowego z Instytutu dla celów wydawnictw drugiego obiegu - papieru tego nie było zupełnie w wolnej sprzedaży.

W końcu roku 1988 w związku z ujawnianiem się "S" znów rozpoczęła prace Komisja Zakładowa. Zostałem wybrany jako jej delegat do RKS Małopolska. Były to fantastyczne dni, poznanie świetnych ludzi. Uczestniczyłem głównie w redagowaniu najrozmaitszych odezw, apeli, a także programu Związku, jak również pomagałem zakładać lokalne Komisje "S" w zakładach w Krakowie i okolicach - do tych ostatnich jeżdżąc trabantem kombi, kierowanym przez moją żonę, Marysię. Z czasem zostałem dokooptowany do Prezydium, którego przewodniczącym był Stefan Jurczak. Wszyscy w RKSie mieliśmy poczucie tworzenia historii. Pierwsze konspiracyjne spotkania odbywały się w krypcie kościoła OO Pijarów. Osłaniała nas milicja robotnicza organizowana przez Andrzeja Dańkę. Poznałem wówczas znów wielu fantastycznych, zapalonych ludzi, nie wahających się ryzykować własną karierę życiową dla wielkiej sprawy wolnej i sprawiedliwej Polski. I chociaż losy nasze potem bardzo się rozeszły, na przeciwnych krańcach polityki stanęli Jurek Zdrada i Basia Niemiec, inne role pełnią dziś Staszek Zięba, Stefan Jurczak, Andrzej Dańko, Janek Dziadoń, Jacek Smagowicz i wielu innych, wszyscy, tak jak i nieodżałowany Tadek Piekarz, dla mnie pozostali, ponad podziałami, przyjaciółmi i współbojownikami w wielkiej sprawie.

I ten nasz ostatni wielki zryw rozpłynął się a jego skutki krytycznie oceniane były i przez wielu tworzących go, i przez wielu, oglądających z daleka, może z lepszej perspektywy ale z gorszą znajomością faktów, a przede wszystkim niezrozumieniem klimatu. Ale nie ulega wątpliwości, że dokonane zmiany były ogromne, i chociaż wielu byłych bojowników jest obecnie rozgoryczonych tym, ze ich idee nie zrealizowały się w wymarzonym przez nich kształcie, powinni mieć poczucie, że ich młodość, entuzjazm i wysiłek nie zostały zmarnowane, ale umożliwiły sytuację, w której możemy dalej pracować nad ich urzeczywistnieniem. Stworzyliśmy nową Polskę, nie doskonałą, ale o niebo lepszą niż była i wciąż wymagającą pracy nad jej ulepszeniem. I dającą szansę na prowadzenie takiej pracy.

Po opracowaniu z kolegami z RKS i przedstawieniu propozycji programu związku doszedłem do wniosku, że bardziej przydam się wolnej Polsce robiąc to, na czym się znałem najlepiej i wróciłem do pracy naukowej. Dni starej "S" wróciły jeszcze, gdy Jurczak i Dańko wbrew wszelkiemu rozsądkowi namówili mnie do kandydowania na stanowisko prezydenta Krakowa. Wiedziałem, ze skazane to było na klęskę, ale przyjaciołom się nie odmawia. Stefan szybko zresztą zmienił opcję, natomiast z Andrzejem ciągle jestem razem, w miarę czasu pracując w Stowarzyszeniu dla Małopolski, które dla mnie jest kontynuacją wszystkich wcieleń "S", prowadzoną przez tych jej ludzi, którzy nie dorobili się na polityce, ale wciąż chcą coś ulepszyć w naszym kraju.

Jerzy Vetulani
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
Twój komentarz może być pierwszy
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
Treść komentarza
Twój podpis
 



 
za: Promieniści nr 10/86 z 1987-02-16
kalendarz:
1989-04-20Rejestracja Solidarności Rolników Indywidualnych
1984-04-20Odrzucenie propozycji uwolnienia, w zamian za wyrzeczenie się działalności politycznej
Internetowe Archiwum Opozycji Demokratyczej w Małopolsce lat 1976-1989
           Realizowane przy współudziale Stowarzyszenia dla Małopolski            
poleć ten serwis znajomemu