forum     goście     linki     kontakt     szukaj     start         
Nasze informacje
Wystawa
Archiwum
Tamte czasy
Nasza sonda
Adam Michnik nie został zaproszony na prezydencką uroczystość z okazji Marca 68. Fakt ów oceniasz:
negatywnie
pozytywnie
zobacz wyniki
archiwum sond

Małopolska
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
2006-01-14
Adam Brincken
być !
o życiu, życiu artystycznym, sztuce a przede wszystkim o sobie ostatnimi laty

Nie pamiętam kto i kiedy powiedział, że "wrogiem artysty jest jego ambicja". Pamiętam jednak moją długotrwałą niezgodę na to stwierdzenie. Bo przecież być ambitnym to znaczy być tym, który wyznaczając swe życiowe cele dąży do nich. Gdy je osiąga, oczekuje społecznej czy środowiskowej akceptacji, uznania, popularności, która potwierdzając sens tych dążeń popycha go ku kolejnym celom. Ambicja tak rozumiana to również w kategoriach wyczynu sportowego: być mistrzem! wygrać!... A czy to źle? - myślałem...

Początek lat 70-tych, osławiony czas "małej stabilizacji", w studenckim środowisku Akademii wyrażał się dość powszechną niezgodą na starą post-impresjonistyczną koncepcję sztuki. Szybko owocował fascynacją Baconem, przedmiotem-faktem w obrazie, hiperrealizmem, konceptualnymi probówkami z pigmentem i świeżą zielenią trawy zasianej w białych skrzynkach, a także dziurą w obrazie, areografem i farbą fosforyzującą.

W ślad za "ołtarzykami dobrobytu" wystawianymi przed sklepy w ogólno-ustrojowe święta, pełnymi serków homogenizowanych, czekolad Van Houttena i Pepsi lub Coca-coli, szły obrazy i wystawy, które poświadczać miały "właściwą linię" i kierunek ku cywilizacyjnym zdobyczom systemu. Zdawały się być dowodem na szybkie odnalezienie właściwej drogi i równie szybkie zniwelowanie wszelkich opóźnień. Sztuka, dzięki uchyleniu "żelaznej kurtyny" i przepływowi informacji, znalazła się "w awangardzie przemian". Większość krytyków sztuki udowadniała, że polski hiperrealizm jest lepszy bo artyści sprawniej, metodą kratkowania przenoszą na płótno najnowszy, z katalogu model krążownika szos, od Amerykanów wspomagających swe oko i rękę diapozytywem i płótnem światłoczułym. Decydenci od polityki kulturalnej, którzy już blisko piętnaście lat wcześniej zawiesili doktrynę socrealizmu, ochoczo teraz popierali to, co kiedyś tępili. O ich wiarygodność miałoby świadczyć np. uznanie i poparcie dla "kolorowych skarpetek Tyrmanda".

Czy da się zmierzyć, 'zważyć, policzyć tych artystów, którzy z zachodnich wystaw i katalogów zbierali naskórek, powierzchnię obrazów dla ambicji bycia na szczycie? Dla ilu, zachodniorynkowa aktualność obrazów była w moralnym przesłaniu manifestacyjnym opowiedzeniem się za wolnością? Niewielu piszących i mówiących o sztuce wskazywało na niebezpieczeństwo mody, na nieautentycz-ność postaw i obrazów. Niech nikogo nie dziwi fakt, iż wielu z pokolenia urodzonych po wojnie ufało oficjalnym głosom i krytykom, mnę nie były prawie znane. Dopiero od 1976 roku zaczęły być widoczne klarowniejsze postawy, niezależne i niezależny głos o sztuce, kulturze i życiu; Kultura paryska. Krytyka, Aneks, Puls, Prywatna rada dla młodego artysty (1) i wolna od dyspozycyjności, nieskrępowana na ogół wymiana poglądów na stan polskiej kultury w trakcie Walnych Zebrań i Zjazdów ZPAP.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że trzy, pozornie niepowiązane ze sobą fakty w polskim życiu artystycznym zaczęły zmieniać moje widzenie sensu i celu własnej aktywności oraz zrozumienie twierdzenia o ambicji, która jest wrogiem artysty. Pierwszym była wystawa w Zachęcie Romantyzm i romantyczność (2) - jakby wielkie pytanie o własną Polaków przynależność duchową, drugim - retrospektywna wystawa Aliny Szapocznikow (3) - odpowiedź na pytanie: czym jest oryginalność?, trzecim - aktywność grupy WPROST- skoncentrowana na wyrażaniu tego, co dzieje się "tu i teraz" w wymiarze kondycji prywatnej i zbiorowej.

Powoli zacząłem mieć świadomość, że ciągle tkwi we mnie przekonanie o istnieniu znaku równości między nowym a dobrym, że chyba czas się zreflektować. Bo jakże to? nowojorskie nowe - to oryginalne, moskiewskie - rewolucyjne - najwartościowsze; tak przecież podobne do siebie.

Poszukiwanie własnego języka plastycznego, zdolnego wyrazić i unieść całą przestrzeń natury rozbiciem - otwarciem ram i płaszczyzny obrazu, obecnością wielu sposobów wyrażania iluzyjnego i abstrakcyjnego skoncentrowało się, skupiło we mnie wtedy, gdy przyczyną stał się na początku "uśmiech Rembrandta" z jego ostatniego autoportretu i sytuacja cmentarza, miejsca odczutego inaczej, niż jako "miejsce spoczynku doczesności", lecz jako potrzeba, konieczność zachowania wartości niezmiennych, nieprzemijających. Nie podejrzewałem wtedy, że nadchodząca rzeczywistość polityczna narzuci mi dalsze pytania.

Papież-Polakiem! - Wielkie, narodowe rekolekcje podczas pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego. "Polski Sierpień"- bezkrwawa próba bycia suwerennym w totalitarnym systemie, manifestacja wspólnoty duchowej.

Tu nikogo i niczego nie trzeba było doganiać i naśladować. To doświadczenie, doznanie, nie dało się z żadnym innym porównać. Było autentyczne, oryginalne, jak z łacińskiego - oryginalis i inne od wcześniejszych, powojennych "zakrętów". Dawało jakąś trudną do sprecyzowania nadzieję, szansę dla postaw wyrosłych na przeżyciu, na uświadomieniu sobie, czasem tylko przeczuciu wartości, chciałoby się powiedzieć po prostu: sensu.

Doświadczyć sensu!

Teraz, po dziewięciu latach od tamtych dni, mam wrażenie, że znam drogę, czy drogi prowadzące do niego. Myślę, że ślady pozostawione przez artystów przez te lata istnienie dróg potwierdzają. Spróbuję, nie biorąc na siebie konieczności bycia recenzentem konkretnych dziel, wskazać na zjawiska, które potwierdziłyby tezę o istnieniu drogi, na której nie trzeba z nikim wygrywać. Ślady jakby zaczynają się od pamiętnej nocy z 12-tego na 13-ty grudnia 1981 roku. Mówię "jakby", bo intensywność własnego przeżycia będzie dla mnie wskaźnikiem prawdy, niewątpliwie subiektywnej. Współuczestnikom tej drogi pozostawiam jej osąd.

Stan wojenny zastał mnie przy pracy nad czterema obiektami Miejsce. Były fizycznie skonstruowane, obszyte, opakowane, przyklejone, doprowadzone do stanu bycia swoistym blejtramem. Czekały na swą malarską, kolejną przestrzeń. Jeszcze nie wiedziałem, że na tę przestrzeń przyjdzie tym obiektom czekać blisko półtora roku i, że przestrzeń będzie inną niż zamierzałem.

Uczucie i świadomość internowania wszystkiego i tak wielu, to dzianie się bez mojej zgody i wbrew temu co uznaję za słuszne, wymusiło na mnie jakąś reakcję.

Do okna, z którego widziałem stale stojących panów w kurtkach podbitych sztucznym misiem, przysunąłem stół. Położyłem arkusz bristolu, zastrugałem parę ołówków i od tego momentu codziennie toczyłem swą "wojnę". Motywami były sceny Męki Pańskiej (już kiedyś powstałe ręką Rembrandta i Grunewalda) pojawiające się w kolejnych rysunkach wbrew logice zdarzeń; od Zdjęcia z krzyża, przez mury gmachów "użyteczności publicznej", opadającą kratę, uciekający z pamięci wolny pejzaż, rysunek-autoportret, fragmenty dotychczas powstałych obiekto-obrazów i czarny, kreskowy kokon -"potencja zła", jak go sobie nazwałem.

- Tak powstawał, miesiąc po miesiącu dwuczęściowy cykl, potem nazwany Via Crucis.
- Ołówek zmusił mnie do dyscypliny.
- Duży format do dużej pracy.
- Wielość motywów do panowania nad nimi.
- Generalny absurd do sensownego spędzania czasu.

I "diabeł" się cieszył. Wreszcie spełniło mu się to, czego zawsze żądał: "literaci do piór!", "studenci do nauki!", "robotnicy do maszyn!". Dwa pierwsze wezwania znane już w marcu '68 roku, trzecie od 1956 roku obecne przy każdym dramatycznym zakręcie polskiej rzeczywistości w 1970, '76, '80-tym roku. A i jesień '81 roku nie była wolna od prób "zawstydzania" środowisk twórczych. Wypominania literatom pustych szuflad a nam białych blejtramów, gdy jak oficjalnie głoszono: szeroko otwarto co dotąd było pozamykane i pozapalano zielone światła. Podczas gdy posierpniowe miesiące i dla środowisk twórczych stały się czasem koniecznej aktywności społecznej, tej, która polską rzeczywistość usiłowała przestawić ze stania na głowie do stanu normalności, tej, która upomniała się o przysłowiową szczotkę do zamiatania dla sprzątaczki i o zmianę ustawy najwyższej. Tylko teraz tych, którzy publicznie perswadowali, by ów pohukujący "diabeł" wracał do piekieł, wsadzano na ogól za kratki i lżono.

Z perspektywy czasu wiem, iż moja rysunkami wyrażona reakcja była dla mnie najmniej spodziewaną. Rysowanie zawsze towarzyszyło moim poszukiwaniom własnej formy czy stylistyki malarskiej, zapowiadało ją, ale nigdy dotąd nie miało tyle do sfabularyzowania. Stało się miejscem zobrazowania faktów społecznych, ich komentarzem i jeszcze czymś, może najważniejszym, bo pytaniem o to: co to jest to "moje własne?" Na ile język, którym się dotąd posługiwałem jest pojemny, zdolny do wyrażania. Wyraża czy jest samą w sobie grą? Obecność takich pytań o sobie samym, może nieuświadomionych, niezwerbalizowanych, widać było i w innych pracowniach.

Ciekawość, co robią inni, zrodziła pierwszą formę niezależnego życia artystycznego - wernisaże w pracowniach.

Jakże inne były to wernisaże od obyczajów dotychczasowego życia artystycznego, gdzie swoistym nietaktem była rozmowa o sztuce. "Nocne Polaków oglądanie", bywało, że co dzień z inną grupą ludzi. Koledzy po fachu, krytycy, (których znaczna część dotąd pochwalała pogoń za modą udowadniając lat temu parę jacy to jesteśmy już nowojorscy czy europejscy) przez historyków sztuki, publicystów (znanych dotąd bardziej z nazwisk i publikatorów), grupy studentów, do tych ludzi, dla których spotkanie z obrazami i ich autorem było pierwszym tego typu doświadczeniem w życiu.

A na zewnątrz, galerie pozawieszane "kulturą robotniczo-chłopską" czyli amatorszczyzną, lawina ofert stypendialnych za przechwycone, związkowe pieniądze (by przełamać bojkot), błyskawiczne kariery "niedopieszczonych" i próby już całkowitej likwidacji niezależnych związków twórczych.

Kolejną inicjatywą była instytucja przenośnej, w walizkach, galerii. Ta jeżdżąca po Polsce, od świetlic kościelnych po prywatne mieszkania strawa duchowa, będąca często dopełnieniem spotkań dyskusyjnych, czasem spektaklu czy koncertu trafiała do ludzi, o których zwykło się mówić, że są nieprzygotowani do odbioru sztuki, a jednak otwartych, współodczuwających. Wielu z nas doświadczyło takich spotkań i pytań, o których marzyło skrycie, pytań będących dowodem, że być może jest się komuś, poza sobą samym potrzebnym. Oczywiście część walizek nie dojeżdżała wcale albo nie na umówione miejsce i czas, bo z 48-godzinnym opóźnieniem. Ot, zwykły, jakbyśmy to dziś powiedzieli, "folklor stanu wojennego".

Rysunków, grafik, obrazów, rzeźb, instalacji przybywało tak, jakby nienormalność sytuacji politycznej (swoją drogą, kiedy w powojennej Polsce była ona normalna?) teraz była czymś zapładniającym, animującym, czymś na przekór właśnie i mimo wszystko.

Ogłoszony przez ZPAP, warszawski KIK, i Radę Episkopatu jeszcze w 1981 roku ogólnopolski konkurs na rysunek i grafikę o tematyce biblijnej (po czasie wiem, że dla wielu artystów) stał się praktycznym prologiem do sięgania po inny niż dotąd motyw, był także próbą własnego języka artystycznego z zaniechaną w pracownianej praktyce sferą znaczeń, wartości.

To tu widzę jakiś trudny do nazwania Początek. Rezultaty tego konkursu można było zobaczyć dopiero jesienią 83 roku (po "odwieszeniu" warszawskiego KIK-u) w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej.

Do obecności ze sztuką wobec Kościoła i w Kościele, miejscu wolnym, część artystów była jakby tym pierwszym doświadczeniem przygotowana.

W pracowni, tymczasem, moje obiekty Miejsce doczekały się swej malarskiej przestrzeni. Ustawione w zwarty czworobok, malaturą do wewnątrz, z tylko jednym wejściem dla widza zmieniły swą nazwę na Stan skupienia.

Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej organizowane od późnej jesieni 83 roku w wielu diecezjach stały się po raz pierwszy miejscem prezentacji sztuki powstałej w ostatnich dwóch latach. W katalogu do wystawy w Krakowie (4) przypomniano słowa wygłoszone do artystów przez Papieża Pawła VI w 1964 roku ... Wy macie jeszcze ten przywilej, że możecie w samym akcie, w którym czynicie świat ducha przystępnym i zrozumiałym, zachować jego niewysłowioność, jego transcendencję oraz konieczność dochodzenia do niego z łatwością i wysiłkiem równocześnie l.. .1 Kościół potrzebuje Was, nasza posługa wymaga Waszej współpracy, bo jak wiecie polega ona na głoszeniu i przybliżaniu umysłom i sercom świata ducha, świata tego, co niewidzialne i czego nie można nazwać /.../ Jeśli zabraknie nam Waszej pomocy, nasza posługa stanie się jąkaniem i czymś niepewnym...

Niewielu z nas znało te słowa wypowiedziane blisko 20 lat wcześniej, a jeśli znało, to nie dostrzegało swej szansy, czy szansy dla sztuki dziś. Szansy polegającej na przywróceniu, dostrzeżeniu sensu, gdy w procesie formowania dzieła zaczynamy się stykać z przeczuciem jakiejś doskonałości i pełni, niezależnie od tego, czy proces ten ma miejsce wobec tematu religijnego czy "laickiej" martwej natury.

Krytycy, historycy sztuki jeżdżący od pracowni do pracowni i dzięki tym spotkaniom, jak nigdy dotąd zorientowani w "zawartościach szuflad" przyjęli na siebie funkcje organizatorów wystaw. Jedynym, bo bezpiecznym i poza zasięgiem cenzury (przynajmniej politycznej) miejscem był Kościół.

Tu chciałbym zastrzec, że wystawy, o których z imienia i nazwiska dalej wspomnę to ekspozycje, które sam widziałem lub w których brałem udział, jeśli wspomniane wcześniej moje przeczucie o trudnym do nazwania Początku ma się jakoś uzasadniać, udowadniać.

Codzienność stanu wojennego, dramaty ludzkich istnień i sumień domagały się jakiegoś manifestacyjnego "przeciw i za czymś".

Jedną z wielu, lecz najczystszą w swym przesłaniu była ogólnopolska wystawa Przeciw złu - przeciw przemocy w kościele pw. Św. M. M. Kolbego w Nowej Hucie-Mistrzejowicach w 1984 roku, dedykowana pamięci zamordowanego księdza Jerzego Popiełuszki. Potrzeba manifestacyjnego współuczestnictwa w proteście przeciw złu owocowała dziełami szybkimi, oczywistością znaków-symboli, ich czytelnością, maksymalnymi w kontraście bieli i czerni, bieli i czerwieni, dynamicznymi. Swoista interwencyjność wielu ekspozycji niejednokrotnie wykluczała twórczą refleksję. Dopiero w rok po nowohuckiej wystawie zdołałem cyklem rysunków Kordon Sanitarny odpowiedzieć, odreagować na tamtą tragedię.

Z czasem, niezależne życie sztuki przeniosło się, czy też poszerzyło swe ekspozycyjne pole o miejsca, jakby bardziej niż "przyołtarzowa" przestrzeń, neutralne: krypty, krużganki, domy parafialne, świetlice Seminariów, Muzea Diecezjalne, prywatne galerie. W znacznym stopniu i części, były wyraźnym powrotem, nawiązaniem do różnorodności formuł ekspozycyjnych niegdyś animowanych przez środowisko. Nie porządkując wystaw pod względem chronologicznym da się je zamknąć w pewnych odrębnych całościach.

Jedna, to wystawy o charakterze swoistych salonów otwartych - cykliczne od 1984 roku prezentacje sztuki współczesnej w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej pod hasłem "Świadectwo Wspólnoty". Do tego samego, prezentacyjnego nurtu trzeba by zaliczyć, kolejne, dwie w 85-tym i 87-ym roku Krajowe Wystawy Malarstwa Młodych Droga i Prawda w kościele pw. Sw. Krzyża we Wrocławiu. Były to przeglądy prawdziwie demokratyczne, otwarte.

Obok obrazów, o których najprościej by rzec, iż podejmowały motywy religijne, społeczne czy polityczne, bo zaangażowane były tematem, znalazły się obrazy ze studyjnego duktu uczelni artystycznych: martwe natury, portrety, pejzaże i po raz pierwszy w znacznej ilości obrazy "dzikich" lub inaczej "nowej ekspresji". Swoistym kontrbiennale grafiki w Krakowie była ogólnopolska wystawa Wokół Grafiki we wspomnianym już wcześniej mistrzejowickim kościele, w 1984 roku. Trzy kolejne odsłony ma Wystawa Sztuki Religijnej w Białymstoku.

Drugą całością są wystawy z przesłaniem, intencją, tezą czy hasłem: warszawska w Muzeum Archidiecezji w '85 roku Via Crucis, ekspozycja dawnych i współczesnych interpretacji Drogi Krzyżowej, Czas Krzyża w kościele pw. Podwyższenia Krzyża w Bytomiu, w '85 roku - starająca się ukazać Krzyż - znak wiary, obecny w bardzo wielu dziełach i interpretowany, jako symbol cierpienia, ofiary, znak nadziei na zwycięstwo dobra, mający sens religijny, moralny, ale i obecny w codziennym doświadczeniu indywidualnym i zbiorowym. Egzemplifikacją obu tych doświadczeń stała się kolejna wystawa Pięta Polska w kościele pw. Matki Boskiej Bolesnej w Poznaniu, w krypcie kościoła oo. Pijarów w Krakowie i w Muzeum Diecezjalnym w Katowicach, w '85 roku.

Trochę czym innym były w krużgankach oo. Dominikanów w Krakowie, dwie wystawy: pierwsza W stronę osoby ('85 r.), (5) w przesłaniu swym skierowana ku myślom i refleksji nad tym - jacy jesteśmy?, druga Wszystkie nasze dzienne sprawy (87 r.), (6) usiłująca dać wyraz doświadczeniom egzystencjalnym, religijnym, artystycznym, które stały się naszym udziałem "tu i teraz", będąca jednocześnie refleksją nad stanem świadomości tych doświadczeń.

W przestrzeń merytoryczną tej drugiej wystawy miałem okazję wpisać w całości environment Stan Skupienia. Cztery obiekty Skupienia dopełnione zostały dwoma cyklami obiekto-obrazów Świetliste i Mroczne. Oba te cykle usiłowały powiedzieć o świetle, jak o zjawisku, substancji będącej synonimem dawania czegoś, otwartością ku stwarzaniu, sensem tworzenia.

Wreszcie ostatnia i najważniejsza w tej całości wystaw z tezą, wystawa Niebo nowe-Ziemia nowa (7) w warszawskim kościele p.w. Miłosierdzia Bożego. Obrazy, rzeźby, environmenty, zdjęcia dokumentujące czas i miejsce poprowadziły, sylwetą anonimowego przechodnia, świadków codzienności lat osiemdziesiątych: od wizerunków miast, ulic, placów przez "zapisy" i interpretacje indywidualnych i zbiorowych doświadczeń i przeżyć, ukazując tragedię bycia zatomizowaną masą w totalitarnym systemie, statystyczną liczbą a nie osobą do miejsca ostatecznego pęknięcia, rozdarcia, ofiary, śmierci-by teraz i dzięki ofierze odnaleźć światło, nadzieję: Niebo nowe - Ziemię nową. (8)

I tak od początku schronienia się przy ołtarzach przez rozmaite przesłania i formy ekspozycji myśl o nowym, czy odkrytym na powrót miejscu sztuki zsumowała się w trzech latach ostatnich próbami współuczestnictwa sztuką w Liturgii. Dwie z nich: Misterium Pasyjne w krypcie kościoła oo. Pijarów w Krakowie ('86 r.) (9) i rok później w Warszawie, (10) dziełami wielu twórców usiłowały nawiązywać, interpretować, jakoś stać się, być dziś, wobec wydarzeń Wielkiego Tygodnia sprzed blisko dwóch tysięcy lat.

Ostatnie z moich doświadczeń to wspólna ze Zbigniewom Bajkiem próba własnej, autorskiej interpretacji - Misterium Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Pana Jezusa w krypcie kościoła oo. Pijarów w Krakowie ('89 r.).

Było to doświadczenie, w którym przyszło nam odnieść się poprzez własną ikonografię i praktykę języka plastycznego do Wielkotygodniowego Słowa. W rozpisanej na Stacje drodze, mającej swe odniesienie do Drogi Krzyżowej Chrystusa, jak i drogi naszej, od wieczernikowej wspólnoty do solidarności przeciw złu, odniesienie do Słowa odnaleźliśmy w zbiorowych, polskich doznaniach lat ostatnich. W końcowym akcie Misterium, w motywie Grobu i Zmartwychwstania zaskakująco dla mnie samego spotkała się wycięta sylwetka Ukrzyżowanego, zaczerpnięta z obrazu Nieobecność?, będącego częścią environmentu Biała Sala z 1979 roku z rozpoczętym dopiero cyklem obiekto-obrazów Gorący Kamień. Trochę tak, jakby tę moją własną drogę otwierał dziesięć lat wcześniej przeczuty kształt-obrys, a dziś sumowała, stwarzając kolejną szansę, możliwość: substancja.

Czy dałoby się teraz nazwać ten, parę lat temu ledwie zarysowany, nowy dla sztuki Początek? - Czy jego kształt stał się wyraźniejszy, doświadczeniem własnej pracy i refleksją nad śladami niezależnego życia sztuki w latach osiemdziesiątych? - O początek czego tu chodzi? - Co oznacza zawarte w tytule tych notatek wezwanie - BYĆ!

Rozpocząłem myśl o Początku od dostrzeżenia szansy dla siebie, szansy dla wielu, zaistniałej dzięki wspólnemu przeżyciu polskich faktów i treści. Jeśli te fakty i treści nazwać, określić duchowymi, religijnymi to, co one oznaczają, czy inaczej - wyznaczają dla indywidualnego doświadczenia sztuki dziś?

Oczywiście, w pierwszej fazie tej przemiany w polskiej sztuce powstało wiele dzieł pobieżnych, miałkich, zrodzonych z protestu przeciw nieludzkości. (11) Wiele z nich chcąc współistnieć z odbiorcą we wspólnym rytmie przeżywania, zagarniając rejony powszechnych wyobrażeń i pojęć, musiało brnąć w trywialność, w tautologię, myślowe koleiny. (12) Ale wiele też, przywołując iście popartowską rekwizytornię - sztafaż, w wyniku ostatecznym postawiło całej dwudziestowiecznej sztuce zarzut pośpiechu i zdawkowości oraz pytanie: czy puszka coca-coli u Warhola znaczy to samo, co dziś tuleja po gazie łzawiącym?

Pytania o pojemność, chciałoby się rzec: skuteczność własnego języka-konwencji, stawały się niejednokrotnie dla artysty podstawowymi, także często obecnymi w formie swoistych korepetycji pobieranych od dzieł dawnych, a teraz odkrywanych na nowo. Zlaicyzowana dotąd kultura pełna totalitarnych i nietolerancyjnych programów oraz działań wielu kolejnych awangard dokonała właśnie tu i teraz tak jednoznacznej, głębokiej, spiralnej wolty ku osobowości ludzkiej, podmiotowości człowieka, wyrażanej przed wiekami i przez wieki w sztuce sakralnej, rozumianej daleko szerzej niż jako dzieło o tematyce religijnej, które bywa, że treści sakralnej nie posiada. W czasie Kongresu SIAC-u w Rzymie ('86 r.) zorganizowana została wystawa sztuki sakralnej (13) państw ze wszystkich kontynentów. Wielce znaczący był fakt, wcale nie koniunkturalnego uznania, dla polskiej i z Korei Płd. ekspozycji. Znaczący, bo sakralność w tych dziełach wyrosła na indywidualnym doznaniu, przeżyciu, uzyskana była jakąś pełnią niezależną od języka realistycznego, metaforycznego czy abstrakcyjnego i na pewno nie miała nic wspólnego, z jakże częstą w Kościele, dewocyjną ilustracją i dekoracyjną stylizacją.

Owo BYĆ ! niesie w sobie wezwanie do aktywności autentycznie poszukującej. Nie mam pewności, czy do końca mam rację, zastrzegając jednak, że subiektywnie odczuty Początek wyrósł nie na urojeniach lecz na zobaczeniu wielu dzieł powstałych w ostatnich latach. 1989 r.


**********
(1) Andrzej Osęka Sztuka z dnia na dzień - Wyd. Lit. Kraków ('76 r.) s. 190
(2) autorzy: Marek Rostworowski i Jacek Waltoś - pierwsza wystawa 1975 r.
(3) Muzeum Narodowe w Warszawie 1975-76 r.
(4) Kraków, Kamieniołom im. Jana Pawła II -Tadeusz Boruta, autor wstępu do katalogu
(5) autorzy scenariusza wystawy: Leszek Danilczyk i Tadeusz Boruta
(6) autor scenariusza wystawy - Tadeusz Boruta
(7) autor scenariusza wystawy - Marek Rostworowski
(8) z myśli Nawojki Cieślińskiej - Ziarno i Plewy - ZNAK 375-376
(9) autorzy scenariusza wystawy Misterium... - Tadeusz Boruta i Piotr Mucharski
(10) autor scenariusza wystawy Misterium... - Tadeusz Boruta
(11) z myśli Andrzeja Osęki Trochę cierpliwości - ZNAK 375-376
(12) z myśli Jacka Waltosia Rodzaj dystansu - tamże
(13) katalog wystawy SIAĆ - San Stefano Rotondo, Rzym 1986 r.


za: Zeszyty Naukowao-Artystyczne Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych, Kraków 1988
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
WASZE KOMENTARZE
Wspomnienie to pokazuje jaki wpływ na sztukę miały ówczsne wydarzenia polityczne, jest inne od dotychczas mi znanych na tej stronie i bardzo refleksyjne. Dziękuję za zwrócenie uwagi na ten aspekt w sztuce. Lucja Szeliga 2006-01-14 22:56:15
~ Lucja Szeliga
Rzeczywistość trudnych lat osiemdziesiątych mimowolnie wymuszała na artystach wybór, stosunek do spraw pryncypialnych w aspekcie aksjologicznym. Artysta miał wybór: albo obchodziły go sprawy wolności człowieka albo nie z przyczyn koniunkturalno-konformistycznych 2007-12-18 12:35:50
~ m.żurawski
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
Treść komentarza
Twój podpis
 



 
za: Promieniści nr 10/86 z 1987-02-16
Internetowe Archiwum Opozycji Demokratyczej w Małopolsce lat 1976-1989
           Realizowane przy współudziale Stowarzyszenia dla Małopolski            
poleć ten serwis znajomemu