forum     goście     linki     kontakt     szukaj     start         
Nasze informacje
Wystawa
Archiwum
Tamte czasy
Nasza sonda
Adam Michnik nie został zaproszony na prezydencką uroczystość z okazji Marca 68. Fakt ów oceniasz:
negatywnie
pozytywnie
zobacz wyniki
archiwum sond

Małopolska
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
2006-02-10
Kazimierz Fugiel
Wspomnienia
Na Hucie jest strajk

Niedziela 13 grudnia. Po całym tygodniu posiedzeń i debat jakie toczyły się w związku na temat racji kartek żywnościowych i jak przygotować się do świąt, marzeniem było, aby należycie się wyspać i pobyć z rodziną. Spałem smacznie. Była może godz. 7, gdy rozległo się pukanie. Otwieram, a przede mną stoi syn mojego zmiennika - Józka. "To pan w domu? Bo my myśleliśmy, że pana zamknęli". Przecieram oczy, nie wiem, o co chodzi. On mówi: "Na Hucie jest strajk, wprowadzili stan wojenny". Podcięło mnie trochę, ale odruchowo rzekłem: "To już koniec z tą komuną, na pewno cała Polska stanie". W pośpiechu zbieram się, żona robi śniadanie, kilka kromek więcej, bo przecież nie wiadomo dokąd będziemy stali, a nocna zmiana pozostała w pracy, na pewno przyda się trochę więcej chleba. Wychodzimy z domu obydwaj z Jackiem.

Pogoda jest dość mroźna i śnieżna. Niedaleko domu stoi samochód, w nim dwaj mistrzowie też z Solidarności. Jedziemy, ulice zupełnie puste, nie jeżdżą ani autobusy ani tramwaje. Podjeżdżamy pod bramę Huty. Jest zamknięta, przy bramie straż robotnicza w opaskach. Drugą bramę blokują wrakiem autobusu. Poznają mnie - to koledzy ze Stalowni - wjeżdżamy samochodem do środka. Wchodzę na starą halę W-3. Wielka radość, że jestem. Jest też zwołany naprędce Komitet Strajkowy, rozmawiam z nimi i dopiero, teraz dowiaduję się co jest grane, mówią o licznych aresztowaniach. Powstał już Komitet Strajkowy na zgniataczu, nawiązali z nim kontakt, łączność działa. Przejeżdżając koło dyrekcji, widziałem kilka samochodów milicyjnych. Ewakuujemy wszystkie materiały i dokumenty z biur "Solidności". Pozostają puste szafki, stoły i krzesła. Zakład Mechaniczny jest jednym z centrów dowodzenia na pobliskie zakłady, tzn. Odlewnie, 100, W 28, W 26, W 17, ZB-2. Na wydział koło południa przychodzą ludzie z innych zmian. Mogę zluzować nocną zmianę, musimy obstawić bramy wjazdowe l i 2 oraz ogrodzenie. Jest nas koło 300, jest także przewodniczący i jego zastępca z Budostalu 9, którzy schronili się w największym zakładzie rejonu.

W Centrum Komitetu strajkowego znajdowali się: S.Handzlik, J.Ciesielski, kilku innych działaczy oraz grupa studentów, którzy uruchamiali poligrafię. W południe były już pierwsze komunikaty informujące o sytuacji w kraju oraz oświadczenia Komitetu K.R.H.. Sytuacja w zakładzie i nastroje wśród strajkujących były dobre. Po południu doszło jeszcze kilka wytrwałych kobiet, jak "Babcia" - Skotnicka, które organizowały stołówkę i wyżywienie. Późnym popołudniem dotarł Łukasik. Łącznik wysłany do Łapczyńskiego - naszego przewodniczącego - wrócił bez wieści, nikogo nie zastał w domu. Później okazało się, że był poza domem. Dotarł do nas we wtorek.

Do bardziej radosnych wieści należał powrót M. Gila, któremu udało się uciec w czasie przepychanki z ZOMO-wcami na klatce schodowej, oraz Edka Nowaka, który też uniknął aresztowania. Przed południem wysyłam łącznika po księży, aby przybyli odprawić Mszę świętą. Łącznik wraca z szatami, księża przybędą po południu, i rzeczywiście pod osłoną zmroku przybyli ks. Gorzelany, o Stożek i inni. Bardzo żywo interesujący się robotnikami, chętni do niesienia pomocy oraz przekazania wiadomości do rodzin. Skorzystałem więc z tej okazji i po Mszy świętej na Karoseryjnej przekazuję karteczkę do żony i dzieci, która dociera jeszcze tego samego dnia, a raczej nocy.

W niedzielę kordon koło Huty jest jeszcze dosyć luźny. Wiadomości, żywność płyną bez przeszkód.

W południe włączono radiowęzeł huty. Budynek "S" jest opanowany przez SB i milicję. Z głośników płyną nieprzerwanie komunikaty o stanie wojennym. Przemówienie "Wojtusia" i sankcje, jakie grożą za niepodjęcie pracy, do kary śmierci włącznie. W nocy z niedzieli na poniedziałek jest dość spokojnie. W radio prowadzimy nasłuch, nic specjalnego nie nadają: wiadomości, raczej fragmentaryczne, wiemy jednak, że rozpoczęcie strajku w poniedziałek będzie ciężkie, ponieważ ogłupianie narodu tak w radiu jak i w telewizji jest zmasowane. Noc jest nieprzespana, bo i odprawa w centrum i uchwały, informacje oraz prelekcja profesora UJ na temat stanu wojennego.

W poniedziałek rano o godzinie 6 wiec na starej hali. Jest sporo ludzi. Rozkład dnia: modlitwy poranne, w południe Anioł Pański i wieczorem informacje i modlitwy. Elektrycy montują niezależne nagłośnienie, które ma podawać wszelkie informacje. Przybywają J. Gąsior, W. Zawolski - tokarz - członek Komisji Rewizyjnej, który obejmuje dział informacji. Robi to z całym sercem i przekonaniem, a i dykcję i repertuar ma przebojowy. Przekonuje niezdecydowanych. Widzę jak ludzie go słuchają. Ale są i tacy, którzy nie mogą tego znieść i odchodzą. Kierownictwo nie przeszkadza, słuchają komunikatów, niektórzy modlą się razem z nami. Około godziny 12 kierownik Tejsler wzywa mnie, że należy strajk przerwać i udać się do pracy, odpowiadamy, że trwamy do końca, bez względu na to jak się to wszystko dalej potoczy.

Od poniedziałku pierścień koło huty zaciska się, nie dopuszczając rodzin pod bramę, są kontrole, można przenieść tylko dwie kanapki. Chleb w całości jest odbierany, przestrzeń od bramy do przystanku należy do milicji. My mamy całą przestrzeń Huty. Pracują tylko te wydziały, które muszą, jak W.P. Marteny, czy Siłownia dająca ciepło dla miasta. Ciągłość strajku jest utrzymywana. Po godz. 16°° zwalniamy matki wychowujące małe dzieci. Jest też kilkunastu "towarzyszy", którzy uciekają do domu lub na chorobowe. W mieście kłopoty z zaopatrzeniem w chleb. U nas koledzy wybrali się po chleb do Luboczy, gdzie jest piekarnia. Kupują kilkanaście bochenków i wracają bezpiecznie. Potem milicja obstawia piekarnie. Braki papierosów, które są na kartki, uzupełniają koledzy z Monopolu w Czyżynach, podrzucają kilka kartonów połamańców, przynoszę je i pozostawiam na środku hali w miejscu masówek. Każdy może palić.

Nastroje wśród załogi są dobre, jestem bez przerwy na nogach. Ludzie pytają, przynoszą wiadomości z miasta, muszę być wśród nich. Zbliża się druga noc strajku jest zimno, ludzie pilnujący bram i ogrodzenia zabierają drewno na ogniska. Z nadchodzących wiadomości z kraju wiemy, że większość zakładów strajkuje. Przygotowujemy się do obrony, gdyby zaistniała interwencja. Bramy są już zamknięte, zatarasowane wrakami autobusów i innym żelastwem. Z leżących na złomie pociętych szyn, robimy kilkanaście kozłów przeciw czołgowych, które rozstawiane są za tymi barykadami i kilkanaście kolczatek, których na razie nie rozkładamy na jezdni, by się na nie nie nadziać. Noc mija spokojnie. Ludzie śpią gdzie i jak mogą: po biurach, stołach, ławach, na zmianę. O godz. 6 - masówki- dotarł łącznik z Bochni - duża koncentracja ZOMO. Tej nocy rozbili zajezdnię MPK w Nowej Hucie obok komitetu, atak bezpardonowy przy użyciu gazu i pałek, kilka osób zamykają. Od rana także dudni radiowęzeł nadając w kółko to samo: represje, wyroki, kary śmierci. Wtorek to następny dzień niepewności. Jest już mianowany komisarz na Hutę nijaki pułkownik Mazurkiewicz. Zbiera się znowu cały komitet strajkowy i wybieramy delegacje na rozmowy z władzą: idzie M. Gil., S. Handzlik - odprowadzamy ich pod budynek. Tłum, skanduje: "wojsko z robotnikami", "żądamy praworządności". Po godzinie wracają wysłannicy - rozmowy były trudne - żądają natychmiastowego przerwania strajku. Wciąż dochodzą informacje o przejeżdżających kolumnach. Brakuje chleba, blokada zaciska się. Jedynie dwójka małych dzieci w wieku 3 - 4 lat jest przepuszczana przez kordon, obracają te dzielne maluchy kilkakrotnie w tą i z powrotem przenosząc małe paczki. Od strony koksowni podjeżdża żuk - udaje się przechwycić kilka worków chleba, który jest dzielony na całą Hutę - kilka tysięcy ludzi i studentów.

Po południu spacyfikowano Bochnię, przedostało się stamtąd kilkunastu ludzi, między innymi Witek Bawolski. Rodzą się różne nastroje wśród strajkujących od zdeterminowania do nie-stawiania oporu wobec przemocy. Duże wsparcie daje nam grupa księży, która została wpuszczona przez naszych ludzi przez bramę koło ZOS, a która nie była pilnowana przez ZOMO. O godz.16 na starej hali ZM-W-3 jest Msza święta: przychodzi około 2 tyś. ludzi: nastrój apatii. Część księży spowiada - ludzie gamą się gromadnie. Rozpoczyna się Msza święta - żarliwą modlitwą i mocnym śpiewem. Homilię głosi ks. Stanisław Podzior-ny. Płyną słowa otuchy i pokrzepienia, przypomina los naszej ojczyzny, mówi dużo o zachowaniu godności i naszym prawie do wolności, do wyboru związku. Daje rady i przestrogi z Ewangelii: "schowaj miecz na miejsce swoje, bo kto mieczem wojuje, od miecza ginie" i rada na noc bez nadziei: "bądźcie przezorni jak lisy a podstępni jak węże, a czyści jak gołębice". Nastroje się zmieniają gdzieś koło godz. 17, gdy pod bramę Nr 2 podjeżdża duży samochód z gdańską rejestracją; przywiózł jakieś części do Huty. Nie może wjechać, cofa tyłem do zabarykadowanej bramy. Kierowca mówi, że w samochodzie ma załadowany transport żywności dla nas: jest masło, margaryna, smalec, cukier, konserwy, herbata, zostaje to w mig rozładowane na wózki akumulatorowe rozwiezione po centrach strajkowych zależnie od ilości ludzi. Reszta trafia do magazynu aprowizacyj-nego przy komórce "S". Po południu odezwało się radio "S" Wolna Polska działające na terenie kombinatu, odbiera je też miasto. Komitet strajkowy jest w pełnym składzie. Został podzielony na odpowiednie służby, które wywiązują się należycie. Koło godziny ł 8 przychodzi Tejsier - szef zakładu - z poleceniem, że mamy opuścić pomieszczenia "Solidarności" i przekazać mu klucze. Stanowczo odpowiedziałem: "nie". "Pan przekazał polecenie, a ja go nie wykonam". Zostaliśmy na swoim miejscu, ale komitet na odlewni przekazał klucze, więc przyjęliśmy ich do siebie. Godzina 20. Pojechałem na odprawę do K.S. HiL, bo nadchodziły wiadomości o ruchach ZOMO od strony Rusz-czy. Ta strona kombinatu nie była obstawiona, więc udałem się z kilkoma kolegami w tym kierunku. Na posterunkach kolejowych stały lokomotywy do blokowania torów. Było bardzo ciemno i nie mogliśmy dalej podjechać, więc ruszyliśmy piechotą. Nie znając drogi, zahaczyłem nogą o jakiś drut i runąłem jak długi z nasypu kolejowego. Nie mogłem się pozbierać. Dalsza droga w poszukiwaniu wroga była niemożliwa. Wróciliśmy. Zadzwoniono po karetkę. Lekarz stwierdził mocne potłuczenie kolana chcieli mnie zabrać, ale nie mogłem ryzykować, bo za bramą mogli mnie zwinąć. Gdzieś ok.2300 wróciłem do siebie na zakład, już nie mogłem się poruszać - kulawy - z usztywnionym kolanem. Koledzy mówią, że wreszcie sobie usiądę, to prawda. Była to już 4 doba bez spania, stale na nogach, dałem się namówić. Panie znalazły zaciszne lokum, położyłem się, ale nie mogłem zasnąć, przed oczami przesuwał się film i twarze ludzi, za których brałem odpowiedzialność. Obok leży Łukasik i Władek - śpią. Czy wszystko jest w porządku, czy koledzy dotrzymają służb? I nagle słyszę wyrazisty strzał - rakieta wystrzelona w niebo rozjaśnia teren, za chwilę ciągły gwizd syren lokomotyw i syreny na siłowni - nie ma wątpliwości - to już teraz. Patrzę na zegarek jest godz. l00 dnia 16 grudnia. Budzę kolegów, nie możemy się wydostać - zamknięte od zewnątrz - na klucz, ale jest wyjście: okienko do wydawania odzieży. Wychodzimy więc przez nie. Pędzę po ciemnych korytarzach - to w górę to w dół. Kazek Łapczyński blady jak ściana powtarza bez końca -wjechali, telefon już nie działa. Na zewnątrz słychać jazgot i gwizd lokomotyw, to kolejarze blokują tory wagonami na przejazdach, gdzieś w dali słychać jazgot czołgów. Jako były czołgista rozpoznaje ten jazgot: w każdej chwili mogą tutaj być. Pośpiesznie schodzimy na halę Nr l, przychodzą też z "dwójki", odlewni oraz z K.S. samochodowego. Zimną krew zachowują tylko kobiety, które chcą uratować co się tylko dało: koce, śpiwory, ubiory i żywność, aż w końcu przepędza je ZOMO. Zbieramy się na stałym miejscu, gdzie jeszcze niedawno była Msza święta., palą się jeszcze świece. Śpiewamy "Boże coś Polskę", odmawiamy różaniec, znowu śpiewamy pieśni. Nie mogę się zebrać do przemówienia, coś ściska gardło i głos jest zachrypły. Lecz w końcu mówię: musimy stanowić jedno, by nikt nie zrobił wyrwy w tym naszym murze solidarności. Były to moje ostanie słowa pożegnania z załogą wydziału mechanicznego, która liczyła 1260-1550 członków. Czas wlecze się, oni nie wchodzą. Wyszliśmy w kilku odblokowując jedną bramę na zewnątrz, koło zakładu nie ma ani śladu ZOMO-wców. Odgradzaj ą nas od drogi głównej 2 zestawy wozów kolejowych z wlewkami - niektóre z nich jeszcze gorące. To kolejarze tak odgrodzili drogę główną, która jest zajęta przez ZOMO i samochody wojskowe. Główne uderzenie poszło na K.S. HiL drogą do samego zgniatacza. Po obu stronach jezdni co 5m stoją żołnierze na przemian z milicją. Od strony zgniataczy dochodzą strzały: to wybuchy petard i gazu, za wlewkami widać jak tyralierą zomowcy podchodzą pod stalownię. Biorę szczekaczkę i kieruję kilka słów do żołnierzy: "Bracia żołnierze! Nasi synowie! Nie wierzcie bałamutnej propagandzie. Strajkujemy, bo chcemy żyć godnie i sprawiedliwie". Nie kończę jednak zdań, gdy z tamtej strony odzywa się głos "zamknij pysk bo zaraz cię uciszę " i szczęk zamka karabinu P. M. K. Wchodzimy na halę. Część ludzi rozmawia w grupach, kilku odwołuje nas na bok i mówią: "musicie się schować, bo na pewno was wybiorą". Patrzę na twarze tych ludzi co tak dzielnie bronili swego związku.

Świta. Przy ołtarzu palą się świece, trwa modlitwa. Zostajemy wyprowadzeni i ukryci. Próbuję się zdrzemnąć na moment, ale jest zbyt zimno. Nasłuchujemy. Wpadają. Słychać łomot i wystrzał, odzywa się nagłośnienie jest gdzieś koło 700. Namiestnik w stopniu kapitana każe strajkującym opuścić zakład. Pozostają ci, co przyszli na ranną zmianę. Zaczynają włączać obrabiarki, inni wychodzą ze spuszczonymi głowami, ale dumni i gniewni, ktoś napisał kredą na murze: "Generale, wojna się nie skończy".

Zakład pracuje, ale na "pół obrotu", sporo ludzi jest "na chorobowym". Szukam kontaktu z kierownikiem wydziału. Przychodzi, jest przejęty. "Panie Kazku, musi pan odpocząć. Załatwię panu urlop". "Dziękuję, panie kierowniku. Sytuacja postawiła nas po dwóch stronach barykady, ale proszę pamiętać o tych ludziach i o tym, co nas łączyło, a układało się wcale nieźle". "Będę pamiętał, panie Kazku, do widzenia".

Potem idziemy zobaczyć co z pomieszczeniem "Solidarności". Jest zaplombowane. Zatrzymujemy się w magazynie, trochę się posilamy, zmęczenie dochodzi zenitu, głos dociera podwójnie, nie możemy jednak wyjść, bo przy bramie stoi ZOMO i sprawdza według listy. Postanawiamy poczekać, aby wyj ść ze zmianą. O godz.16 żegnamy się z Witkiem Bawolskim, który zostaje. Wychodzimy bez przeszkód bramą Nr 2, widzimy jak ZOMOWCY ładują się do budy i odjeżdżają. Jest już mroczno. Pod bramą główną stoją skoty i kilka bud. Pełno zomowców. Za bramą stoi uszkodzony czołg, który najechał na kozła i zerwał gąsienice, naprawiają go żołnierze. Zjeżdżamy tramwajem, następnie idziemy prosto do klasztoru w Mogile, gdzie mieliśmy się spotkać z K. S. HiL. Nikogo jednak nie było. Zaproszeni przez ojca Przeora, wymieniamy kilka informacji. Kazek Łap-czyński idzie na "zapasowe lotnisko", ja wracam do domu późnym wieczorem. Jest kilku znajomych, rodzina w komplecie. Radość, miesza się ze zmęczeniem. Kąpiel i spać, była to najspokojniejsza noc, obudziłem się dopiero o 10 następnego dnia.

W tej nowej rzeczywistości

Po przespaniu 20 godzin bez przerwy, jak jednej małej chwili, wstaję w tej nowej rzeczywistości, spoglądam w okno: widać na razie patrole wojska w grupach po 6-10 osób, przechodzących nie wiadomo w jakim celu. W radiu, telewizji pełna gala. Z Radia "Wolna Europa" dowiaduję się o KWK Wujek i o masakrze, jakiej dokonali "zwycięzcy". Przychodzą do mnie koledzy - mówią, że na ZM wszystko w porządku, poza pracą, która idzie "na żółwia", wprowadzono militaryzację zakładu (zebrano wszystkie przepustki i oznakowano literą M). Panuje nastrój przygnębienia i zawodu. Najgorsze jest to, że rozpierzchliśmy się w różne strony nie pozostawiając po sobie nic, dzięki czemu moglibyśmy się odnaleźć. Każdy pozostawiony swojemu losowi.

Z informacji o przebiegu akcji ZOMO na centrum strajkowe wynika, że Mietek, Staszek, Edek, Jasiek uniknęli aresztowań, poszli w kanały. W czasie ataku pobito sporą ilość studentów i robotników broniących zgniatacz, czyli Centrum strajkowe, wywieziono znaczną część na Mogilską.

Szukamy kontaktu, na próżno. Pozostaje więc działanie w ramach własnego zakładu, czyli ZM. Po kilkudniowym urlopie wracam na zakład, ale kolano uszkodzone w czasie strajku jeszcze mi dokucza, więc dostaję kilka dni zwolnienia. Spotykam kolegów: Józka Mandryka. i J. O., którzy są na zakładzie. Dowiaduję się, że zdarzają się częste rewizje szafek w poszukiwaniu dokumentacji "S" z czasów jej działalności, ludzie panikują, bo w nich mamy ukryte prawie 500 kg żywności. Proponuję, aby zabrali ją do domu, byle tylko nie wpadła w ręce czerwonych. Nikt jednak niczego nie chce, rozumiem ich strach, przy przechodzeniu przez bramę trzeba przejść przez kordon milicji nieraz długości 20 m, a na domiar złego w radiowęźle leci kilkakrotnie audycja towarzysza Minura, jak to zachód i jego zausznicy opłacali i chcieli kupić polskich robotników margaryną, masłem itp. Z centrum strajkowego przejęto sporą część żywności do komitetu partyjnego. Stanęło więc na tym, aby żywność będącą na ZM w jakiś sposób ocalić; idą przecież święta, nasze rodziny nie są bogate, a do tego w sklepach ciągłe braki. Szukamy z Józkiem M. drogi do ZOS. Wszak tylko oni mogliby nam pomoc. Udajemy się do odpowiedniego człowieka wiedzącego, że doktor Wyszyński - były przewodniczący "Solidarności" w naszym ZOS - może pomóc. I tak się stało. Układamy odpowiedni plan: Józek z szafek zakładu zbiera żywność w jedno miejsce.

Jest niedziela 20 grudnia, późnym południem wjeżdżają karetką pogotowia na sygnale przez bramę dr Wyszyński i Józek M. - kierowca peugeotem, którego nie tak dawno "Solidarność" otrzymała od francuskich związkowców. Wjeżdżają na halę, nikogo nie ma, bo w niedzielę na niej nikt nie pracuje. Okazuje się, że tej żywności jest sporo. Układają w karetce i na noszach, na to kładą Józka. Lekarz szybko zabandażowuje mu głowę. Ruszają. Podjeżdżają pod bramę na sygnale, eskorta strażników i ZOMO doskakuje do drzwi, lekarz trzyma w jednej ręce kroplówkę, która sączy się gdzieś pod bandaże. Lekarz na widok ZOMO krzyczy, że jadą do szpitala. Podnoszą szlabany i w jęku syreny samochód przejeżdża przez kordon ZOMO w kierunku miasta. Żywność składamy na balkonie u drą Wyszyńskiego, który zachowuje zimną krew, tak jakby się nic nie działo.

W tym momencie rodziła się pierwsza pomoc charytatywna, choć jeszcze niezorganizowana. Należało żywność rozdać najbardziej potrzebującym tam, gdzie byli uwięzieni lub internowani, a także osobom biorącym czynny udział w strajku. Szukaliśmy adresów w pracy i robiliśmy większą "wrzutkę", a resztę dokonywali koledzy dzieląc paczki na mniejsze porcje.

Okres, w którym nam wypadło zaczynać, był bardzo ciężki, towarzyszył nam silny lęk i niepewność, baliśmy się patroli ulicznych, które na ulicach kontrolowały teczki, bagaże, sprawdzały dowody. Wracając z pracy ze zmiany popołudniowej nieraz zatrzymywały nas sprawdzając przepustki, które za każdym razem na jeden dzień wystawiało kierownictwo. Obowiązywała godzina policyjna od 2200 do 600. Grudniowy dzień był krótki, toteż gdy wychodziłem z pracy było już mroczno. Szliśmy z Józkiem M. do magazynu biorąc torby i siatki i tak objuczeni wychodziliśmy na ulicę. Bywało różnie, ulice były prawie opustoszałe, szliśmy obciążeni oburącz dźwigając siatki wypełnione jak to mówią: zapłatą CIA. Któregoś dnia robiąc taki kurs o mało nie wpadliśmy na patrol ZOMO. Spadł świeży śnieg, do tego była taka gęsta mgła, że na dwa kroki nie było nic widać. Idziemy sobie dość raźnie, nasłuchując na wszystkie strony i oto przed nami - jakby jakaś ściana - przesuwające się sylwetki ZOMO z połyskującymi pistoletami. O ucieczce nie było mowy, zamarliśmy w bezruchu. Oni głośno rozmawiając poszli dalej. Mieliśmy drogę wolną, bez przeszkód już dotarliśmy na miejsce "wrzutki". Święta zbliżały się szybkimi krokami, święta smutne dla nas na wolności, a co dopiero mówić o tych, którzy byli za kratami więzień. Dotarłem do kościoła Arki Pana myśląc, że znajdę w nim jakąś pomoc w nawiązywaniu kontaktów. Spotkałem ks. Gorzelanego, który przyjął mnie bardzo chłodno mówiąc o aresztowaniu p. Haliny B. i innych oraz przestrzegł, że musimy z działalnością związkowa dać sobie spokój, jeśli nie chcemy podzielić losu naszych kolegów. Zupełnie mnie to podłamało. Wszak jeszcze nie tak dawno był u nas w zakładzie, mówiliśmy o naszym związku, o wsparciu Kościoła dla naszych dążeń. Nie mogłem tego wszystkiego zrozumieć, tym bardziej, że nie tak dawno widziałem w nim człowieka, który wiąże się z nami na dobre i złe.

Wychodząc wstąpiłem do kaplicy pojednania, by tę gorycz serca wylać w modlitwie i tak rozmyślając, modląc się, kątem oka zauważyłem wychodzącego z zakrystii młodego ks. Władysława Palmowskiego. Pobiegłem za nim - spotkaliśmy się w korytarzu łączącym kościół z plebanią. Zauważył mnie: "A to pan z Huty. Jak to dobrze! Będziemy organizować pomoc dla więzionych. Potrzebni są pewni ludzie, proszę ich przysyłać do mnie, uczę w salce nr 2, zawsze macie wstęp do mnie. A na razie zbierajcie adresy osób uwięzionych. Musimy zrobić dokładny rejestr". Wielki kamień spadł mi z serca, że znalazłem kogoś, kto myśli tak samo jak ja, że ten młody kapłan ma tak wielkie serce, by nas rozbitków wielkiego okrętu pozbierać i poprowadzić. W międzyczasie znalazł się Witek B. Ukrywał się na terenie huty. Dom w Bochni został obstawiany. Zapraszam go na Wigilię. Jest nam bardzo ciężko. Przy wigilijnym stole płyną łzy, a zarazem modlitwa za tych, co zginęli w "Wujku", za tych co są aresztowani i za tych, którzy nie mają domu tak jak Witek. Wigilijny stół, mimo że nakryty jest dość suto, to jednak gardło ściska niewymowna zgryzota - braku wolności i udręki. W drugi dzień świąt Witek decyduje się odwiedzić rodzinę, pomimo naszych nalegań, aby tego nie robił. Umawiamy się na po świętach, aby zapewnić mu kwaterę i dach nad głową. Minęły święta, ale Witek się nie zjawił. Dowiedzieliśmy się, że gdy był w domu wieczorem podjechały dwa milicyjne wozy. Zabrali go. Siedzi w Tarnowie; będzie później sądzony za zorganizowanie strajku w ZPB Bochnia. Z wyrokiem 3,5 roku trafia do więzienia w Hrubieszowie. Pozostaje żona i czwórka dzieci, bez środków do życia.

Wędrujemy, wędrujemy...

Moja niecodzienna przygoda w służbie drugiemu człowiekowi zaczęła się dokładnie 16 grudnia 1981 roku.

Na początku zorganizowaliśmy na terenie Nowej Huty, przy kościele "Arka" punkt pomocy w mieszkaniu ks. Palmowskiego. Jeszcze do dzisiaj pamiętam, gdzie co było pochowane: papierosy, były za zasłonami przy oknie, konserwy pod łóżkiem, itd. Wszystko, co mieliśmy, tam było i zawsze pełno ludzi. Pierwsze dary to produkty z mleczami nowohuckiej - masło, mleko, ser -wszystko to, co nie zdążyło już dotrzeć na kombinat. Także wielu ludzi przynosiło swoje dary zakupione w sklepach. Robiliśmy z tego paczki i roznosiliśmy je do rodzin internowanych, ukrywających się, a było ich wtedy w Nowej Hucie ok. 70. Po dwóch miesiącach mieliśmy już listy wszystkich internowanych i zatrzymanych oraz ukrywających się, których należało objąć pomocą.

W tym czasie SB szalało w poszukiwaniu sztandarów "Solidarności". Mieliśmy świadomość, że trzeba je ocalić, a przede wszystkim pokazać ludziom, że są i że coś znaczą. Ks. Palmow-ski wymyślił, że najlepiej byłoby te sztandary ofiarować Matce Bożej Królowej Polski. I tak się stało w dniu l maja 1982 roku na Mszy świętej w "Arce". Informację o Mszy św. podaliśmy ustnie w świat. Było to wielkie wydarzenie i niesamowite przeżycie. W tym czasie z kadr otrzymałem wiadomość, że moją teczkę osobową zabrało dwóch cywili. Wiedziałem, co to znaczy - muszę się liczyć z aresztowaniem. Po l i 3 maja wiadomo już było, że znowu rozpoczną się aresztowania lub internowania, władza musi znowu zastraszyć ludzi.

I tak się stało. Od 5 maja zatrzymano m.in. Jacka Smagowicza, Tadka Piekarza, Bogdana Stelmacha, L. Dziewólskiego, A. Czechowskiego, a mnie 11 maja.

Wieczorem byłem w domu z dwoma kolegami - rozmawialiśmy. Dzwonek. Otwieram drzwi i widzę trzech smętnych panów. Zapytali: "Pan Fugiel?" - odpowiedziałem, że tak. Pokazali legitymacje służbowe: "Wie pan, my mamy z panem taką krótką rozmowę do przeprowadzenia. Może pan pojedzie z nami?" Zapakowali mnie do nysy - na prywatnych numerach - i zawieźli na Mogilską, na tę rozmowę trwającą od g. 20 do 1 w nocy. Przesłuchiwało mnie kilku funkcjonariuszy - chcieli wiedzieć kto kieruje pomocą internowanym w Hucie.

Żona, w następnym dniu od rana siedziała na portierni żądając informacji na mój temat. Dopiero gdy kategorycznie powiedziała, że ona stąd nie wyjdzie, choćby miała siedzieć tydzień - ok. 14 poinformowaną ją, że będę internowany do Załęża.

Następnego dnia ok. godz. 10 poinformowano mnie: "Jest pan internowany" Nie powiem, że te pierwsze dni bez papierosa, w samotności i jeszcze z perspektywą siedzenia kilku może lat wpłynęły na mnie uspokajająco. Nerwy były napięte. 15 maja rano stukanie do cel, odzywają się głosy - słyszę Tadka, widzę na korytarzu, że jest nas siedmiu. Wyjeżdżamy. Ale gdzie?

Po przyjeździe do Załęża rozlokowano nas na II oddziale, gdzie byli wszyscy z Małopolski. Marazm i apatia. Odbyło się więc spotkanie internowanych. Omówiliśmy sytuację, jaka panuje w kraju. (Tadeusz Piekarz objaśnił im, jak to jest naprawdę za kratami i z tymi wyjazdami za granicę.) Zdecydowaliśmy o pewnych zmianach w stylu życia internowanych: koniec z apatią, zaczynamy organizować pracę w Załężu, każdy powinien mieć jakieś zajęcie.

Zrobiliśmy wspólny magazyn żywości, aby każdy mógł mieć coś do jedzenia. Pobierający wpisywał na listę, co pobrał.

Wspaniałą rzeczą była zrobiona przez Jasia Franczyka kaplica. Był miesiąc maj, więc o godz. 16 odbywały się w kaplicy majówki. Postanowiliśmy wykonać święty obraz. Jeden z cinkciarzy miał rękę do malowania, więc namalował nam twarz i ręce Madonny i Pana Jezusa. Sukienkę zrobiliśmy ze złotka pochodzącego z cukierków.

W jednej celi mieszkali razem Wiesiek Kukła i Koch. Wiesiek miał zdolności artystyczne. Zaproponowałem im, żeby zrobić coś, co by było naszym znakiem podziękowania tym, co na zewnątrz pomagają naszym rodzinom. Tak powstała nieduża pieczątka pierwszego znaczka: "Solidarność z internowanymi". Tuszem stemplowaliśmy koperty, które następnie wędrowały poza kraty. Następnym etatowym twórcą pieczątek okolicznościowych i znaczków stał się Leszek Dziewólski. Wreszcie coś się zaczęło dziać na oddziale. Każdy już coś robi, nie czeka na wyjście - jedni koperty, inni gipsowe baranki (gips załatwiliśmy od obsługujących nas złodziei). Ale władze, coś zwęszyły i nagle rano wyczytano siedem osób, w tym mnie, do wyjazdu. Zaoponowałem. (Miałem tu załatwione badania u lekarza, co zostało potwierdzone.) W końcu ja zostałem, a oni wyjechali do Kielc.

Ponieważ naszych wywieziono do Kielc, z Kielc przywieziono do nas - Mundka Same, profesora Żaka, Jurka Stępnia i Czyżyka - nauczyciela.

Mundek opowiedział nam jak w Kielcach z puszek robili krzyżyki. Przeszkolili nas - puszki przerabiano na krzyżyki, wieczka na oprawki do obrazków. Produkcja szła na całego. Były krzyże małe, średnie i duże dla parafii. Mundek etatowo klepał wizerunki Chrystusa. Niestety zrobili nam kipisz - zabrali narzędzia i blachę. Ocalały tylko brzeszczoty. Ale trzeba coś robić... Uwagę naszą zwróciły lampy rtęciowe na korytarzach, a raczej ich kratka osłonowa. Rozebraliśmy je i znowu - produkcja krzyżyków. Z szyby do kabaryny o grubości 20 mm. zrobionej z pleksi, a wyjętej z okna drzwi, pilniczkami do paznokci zaczęto produkować ekskluzywne krzyżyki. Z pięciogro-szówek zaczęto wypiłowywać orzełki z koroną. Kiedy wszystko już dobrze grało pewnego dnia rano zarządzono pakowanie się i przeprowadzkę do innego ośrodka internowania.

Nie łatwo było to zrobić, zbyt dużo rzeczy do przewiezienia: magazyn żywności, kaplica, rzeczy osobiste. Wszystko obstawione antantą. Odbywało się to już z pewną kulturą. Wieziono nas 18 w jednej budzie. Dojechaliśmy do Uherc. Wiedzieliśmy, że tam siedzą chłopcy ze Śląska. Wysypaliśmy się z budy. Mun-dek nie czekając - zaczął grać na saksofonie - nasz marsz - "Nie chcemy komuny, nie chcemy i już ..." Klawisze z Załęża się śmiali, miejscowi nie wiedzieli co robić, a internowani się pochowali. Obraz Madonny wnieśliśmy do kaplicy.

Obóz składał się z dwóch baraków. Pomiędzy nimi był duży plac i "kogut" - wieżyczka do pilnowania, na której stał strażnik. Ślązacy załatwili gumę na procę, no i rozpoczęło się strzelanie do strażnika. Czym? Landrynkami. Po tygodniu obstrzału zrobili kipisz - zabrali jedną procę, ale pozostałe zostały.

Ślązacy przeżywali trudne chwile, my mieliśmy świadomość, że nasze rodziny są pod stałą opieką. Oni ciągle narzekali, bo musieli wysłuchiwć od żon narzekania, martwili się o swoje żony i dzieci. To ich załamywało.

Dziełem Ślązaków były bardzo ładne, rzeźbione w klepkach podłogowych krzyże. Wielu z nich wychodząc przed 22 lipca, gdy kazano im je oddać lub zniszczyć pewne elementy - czynili to. Takim przeciwieństwem był u nas chłopak z Podgórza - Zbyszek Chobrzyk - kiedy wychodził, kazano mu zdjąć z orzełka na krzyżu koronę. Odparł, że tego nie zrobi - woli raczej wrócić do internowania, więc wrócono go do celi. Ale następnego dnia i tak wyszedł do domu z krzyżem.

Podczas wizyty 23 lipca bpa Albina Małysiaka: ks. Wł. Palmowskiego i ks. Janusza Bielańskiego na pożegnanie, chcąc zachować dla potomnych, poproszono o wywiezienie z więzienia obrazu Matki Bożej znajdującego się w kaplicy i krzyża symbolu - wykonanego z nogi stołu przesłuchań SB.

Pod koniec lipca znowu podstawili nam "suki" i kolejny przejazd do nowego obozu internowania, okazuje się, że znowu jedziemy do Załęża. Tak się zrodziła pieśń - "Wędrujemy, wędrujemy z mandżurami, transportami z pierdla w pierdel w PRL...".

Trafiliśmy na oddział IV lub V. Dowieźli tam też pozostałych z Kielc, Łupkowa i nas z Uherc. Mieliśmy tam być już do końca dni internowania. Cele, jak i cały oddział, były wymalowane, odnowione. Spotkały się tam wszystkie "specjalności" intmowanych - mieliśmy nawet orkiestrę. Tam też powstało wiele matryc do drukowania znaczków i kopert. Specjalistom w tym zakresie był Leszek Dziewólski. On też był twórcą słynnego "serduszka wdzięczności".

Każdy w swojej celi robił skrytki na różne narzędzia czy na radio. W podłodze jednej celi internowani natknęli się na wiązkę przewodów od podsłuchu. Złączyli je i podłączyli do sieci prądowej. Zadymiło się w celach, wszystko się spaliło. Następnego dnia przenieśli nas do cel w suterenie, gdzie mieliśmy oczekiwać na wyjazd w nowe miejsce. Po południu, kiedy oznajmiono nam, że musimy jeszcze pozostać, rozpoczął się koncert "na miskach". W jednej z cel ławą przebito ścianę do sąsiadów i tak rozpoczęła się akcja gromadzenia wszystkich przebijając kolejne ściany. Klawisze domyślili się, że coś jest nie tak, kiedy obok drzwi wybito dziurę na korytarz i wyszli więźniowie z wszystkich 5 cel. "Tego jeszcze nie było" - mówił klawisz do nas. A Jacek Smagowicz na to: "Jak zrobiliście fuszerkę przy stawianiu, to czego się dziwisz".

Wieczorem postanowili wywieźć nas do Łupkowa. Wychodząc, zauważyliśmy antantę z 40 chłopa gotowych na wszystko. Myślałem: "Teraz, to dostaniemy". Ale na początku wyszedł Jurek Stępień grając: "Nie chcemy komuny..". Podszedł do oficera stojącego na początku szeregu - wyciągnął rękę i powiedział: "Dziękujemy Panu". Potem do następnego i tak po kolei do wszystkich, a my za nim. Widać było, że ta wyciągnięta dłoń zmieniła bardzo wiele.

Do Łupkowa przyjechaliśmy nad ranem. Ci, którzy już tam byli, wiedzieli, że nie będzie źle. Szybko uruchomiliśmy nasze warsztaty. Nie było nikogo, kto by czegoś nie robił. Wydawaliśmy nawet naszą gazetkę. Matrycę robiono wykuwając na foliif poszczególne litery.

Ponieważ Czesiu Szewczuk miał małe dziecko, które nie| było ochrzczone, postanowił, że chrzest odbędzie się więzieniu w Łupkowie. Żona przyjedzie z dzieckiem i rodziną, a chrzestnym będę ja. Rozpoczęto przygotowania. Na tę okoliczność wydano nawet nowy znaczek. Chrzest odbył się na terenie stołówki, która wyjątkowo zamieniła się w tę niedzielę na kaplicę. Przyszli więźniowie i ich rodziny. Oprawa liturgiczna pełna. Chrztu udzielono dwojgu dzieciom: Jadwidze Wiktorii i Aleksandrze Marii. Dla nas, a przede wszystkim dla rodziców dzieci była to wielka uroczystość.

Tam też w Łupkowie powstały nagrania piosenek więziennych na magnetofonie. Dokonywał tego Krzysiek Bobula w studiu "Łaźnia". Każdego 13 w nocy odbywał się apel. Wieszano flagę "Solidarności", zapalano świece i śpiewaliśmy pieśni. Tam też Leszek Dziewólski namalował na prześcieradle ten słynny plakat po śmierci Bogdana Włosika.

25 X wieczorem przyszedł do mnie wychowawca i oznajmił mi, że ma rozkaz mnie zwolnić z internowania. Odpowiedziałem, że tylko pod jednym warunkiem, że przy wyjściu nie będzie robił mi kipiszu. Jeżeli da mi takie zapewnienie, to zgoda. Poszedł dowiedzieć się, czy tak może być. Wrócił i powiedział, że jest zgoda. I tak udało mi się wynieść wszystkie pamiątki więziennego internowania.

Po powrocie z internowania wróciłem do pracy w służbie drugiemu człowiekowi. Najpierw w Funduszu Pomocy Pracowniczej: organizowanie aptek, rozprowadzenie ziemniaków, jabłek a następnie w organizowaniu pomocy dla uwięzionych i ich rodzin, organizowałem też kolonie dla dzieci i młodzieży.
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
Twój komentarz może być pierwszy
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
Treść komentarza
Twój podpis
 



 
za: Promieniści nr 10/86 z 1987-02-16
kalendarz:
1989-04-20Rejestracja Solidarności Rolników Indywidualnych
1984-04-20Odrzucenie propozycji uwolnienia, w zamian za wyrzeczenie się działalności politycznej
Internetowe Archiwum Opozycji Demokratyczej w Małopolsce lat 1976-1989
           Realizowane przy współudziale Stowarzyszenia dla Małopolski            
poleć ten serwis znajomemu