forum     goście     linki     kontakt     szukaj     start         
Nasze informacje
Wystawa
Archiwum
Tamte czasy
Nasza sonda
Adam Michnik nie został zaproszony na prezydencką uroczystość z okazji Marca 68. Fakt ów oceniasz:
pozytywnie
negatywnie
zobacz wyniki
archiwum sond

Małopolska
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
2005-11-25
Ryszard Majdzik
Wspomnienia po 25 latach
Dochodziły do nas pogłoski o szykowaniu się komuny do rozprawy z nami. Już na początku grudnia Boguś Sonik zaproponował na prezydium ZR, aby pobrać z konta związkowe pieniądze i je ukryć. Niestety większość była przeciwko. Tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego w Regionie Małopolska ogłoszono pogotowie strajkowe. Pełniłem wtedy funkcję regionalnego Komisarza Strajkowego. Tymczasem 12 grudnia 1981 roku, członek Prezydium ZR Leszek Kuzaj bez konsultacji z pozostałymi członkami Zarządu odwołał je podając tę informację wieczorem w regionalnych wiadomościach TV. Tego dnia pojechałem jeszcze do mojego "Elbudu", gdzie 90 proc. załogi należało do "Solidarności", aby odwołać pogotowie. Chłopaki, byli źli, już czuliśmy, że coś się może wydarzyć. Razem ze Zbyszkiem Sikorskim poszliśmy do Borku Fałęckiego i ostatnim pociągiem o północy wróciliśmy do domu w Skawinie. Czterdzieści minut później do mojego mieszkania zaczęli dobijać się zomowcy. Przyszli po mnie i ojca. Próbowali dać nam do podpisania decyzję o internowaniu, ale odmówiliśmy. Nigdy nie podpisywaliśmy żadnych komunistycznych papierów. Powiedziałem, że to bezprawne i mają się wynosić. Wtedy jednen z nich pchnął mamusię na kaloryfer, co wywołało naszą wściekłość i rozpoczęła się kilkuminutowa bójka. W obronie stanął nawet mój brat, który nigdy nie angażował się w politykę. Rzucił się na nich nawet pies targając ich za spodnie. Wkrótce ściągnęli posiłki i otoczyli cały blok. W mieszkaniu było z dwudziestu mundurowych, nie licząc cywili. Cała ta awantura została nagrana na kasetę magnetofonową, ałe zabrali ją na drugi dzień. W końcu wrzucili nas pobitych do w suki, w której śpiewaliśmy nasz hymn narodowy, "Rotę" i różne antykomunistyczne pieśni.

Świadkiem naszego aresztowania był mieszkający w sąsiednim bloku Zbyszek Sikorski. To on 14 grudnia 1981 roku powiadomił o tym załogę Elbudu i wezwał do strajku. Pomagali mu wtedy m.in. Bożena Szewczyk, Zbigniew Mikuliszyn, Wiesław Łopata. Zażądano mojego zwolnienia i odwołania stanu wojennego. Protest trwał tylko osiem godzin. Pod budynek przyjechało ZOMO z kilkoma skotami, Po groźbie ich dowódcy, że rozpoczną pacyfikacje, ludzie poprosili Zbyszka, aby zaprzestać oporu i tak zakończył się ten krótki protest.

Tymczasem mnie z ojcem przywieźli na dziedziniec komendy przy ul. Siemiradzkiego w Krakowie. Byliśmy jedynymi zatrzymanymi tylko w bieliźnie. Staliśmy na kilkunastostopniowym mrozie. Dopiero po paru godzinach Krzysiek Dawidowicz, gdy nas zobaczył dał nam swoje kalesony i tenisówki. Od tego czasu często choruję. Rodzina przez dwa tygodnie nie wiedziała, gdzie jesteśmy. Później załadowano nas do milicyjnej "budy". Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów wszystkim kazano wysiąść. Było to w pobliżu więzienia w Nowym Wiśniczu. Zostawiono tylko mnie z ojcem. Samochód ruszył i zatrzymał się po kilkunastu minutach. Przez szczelinę dostrzegliśmy cmentarz. Wcześniej tyle razy słyszeliśmy od esbeków, że takich jak my trzeba zabić. "Synu chyba śmierć przyszła, trzeba się przygotować. Jak będziesz umierał?" - zapytał mnie ojciec. "Godnie, ale nie dam się od razu, będę uciekał" - odpowiedziałem. Oboje uklękliśmy i zaczęliśmy się głośno modlić. Pilnujący nas milicjant rozpłakał się. Kilka minut później przewieziono nas na komisariat w Nowym Wiśniczu, gdzie pobrano odciski palców. Jeden z milicjantów znów powiedział: "Takich Majdzików to tylko zabić". Po czym dołączyli nas do internowanych w więzieniu w Wiśniczu, a w końcu grudnia znaleźliśmy się w Załężu. Niektórzy podpisywali "lojalki", aby wyjść, tłumacząc się, że mają kogoś chorego w rodzinie, żonę, matkę. Ojciec wtedy mówił "Tu w więzieniu mamy jedną matkę - Ojczynę Polskę".

W końcu lipca 1982 r. rozpoczęliśmy głodówkę. Naszymi postulatami były: przywrócenie "Solidarności", odwołanie stanu wojennego, wypuszczenie z więzień i obozów internowania chorych, starszych, młodocianych. W końcu komuna spełniła tylko ten ostatni postulat, ale nas, najdłużej głodujących: Marka Kisza z Warszawy, Janusza Szkutnika i mnie, przewieziono do szpitala w Rzeszowie. Tam niektórzy lekarze rozpłakali się, gdy nas zobaczyli, tak byliśmy wychudzeni. Niestety nie pamiętam nazwisk tych ludzi, ordynatora, lekarki, ale zachowywali się bardzo porządnie. Byli to wspaniali ludzie, udzielali nam wszelkiej pomocy, jak zomowcy wynosili nas, wykręcając ręce i nogi to wielu pacjentów płakało, niektórzy modlili się za nas, inni krzyczeli "zostawcie tych chłopaków". Ich solidarna postawa dodawała nam sił. Widzieliśmy, że ludzie są z nami. W końcu na prośbę profesora Zbigniewa Chłapa, na początku września, przewieziono nas do szpitala przy ul. Kopernika w Krakowa. Stale namawiano nas do przerwania protestu. Dr Jacek Marchewczyk przyniósł mi list od przewodniczącego RKW Władysława Hardka. "Rysiek jesteś potrzebny do dalszej walki. Wierzę, że żywy" - napisał. Głodówkę zakończyłem w 51 dniu, a Janusz Szkutnik dzień później. Gdy w szpitalu powoli wracałem do sił, przyjaciele z "Zomorządności" zorganizowali mi ucieczkę. Przyjechali po mnie samochodem Stanisław Zamojski i Anka z AGH, nazwiska już nie pamiętam. Wyszedłem na spacer do szpitalnego ogrodu i przeskoczyłem przez płot. Po kilku przesiadkach trafiłem do jakiegoś mieszkania na Kurdwanowie. Szlafroka nie oddałem do dziś. Kilka dni później wyjechałem do Warszawy, do Marka Kisza. On miał znajomą fryzjerkę, która odpowiednio mnie ucharakteryzowała. Dostałem też fałszywe dokumenty. Po głodówce ważyłem 38 kilogramów, miałem rude włosy, okulary. Wyglądałem jak 17-letni uczeń. Po powrocie do Krakowa ukrywałem się krótko na Kurdwanowie, aż do czasu spotkania Lesława Maleszki. Od niego dowiedziałem się, że do domu przyszła pocztą decyzja o zwolnieniu mnie z internowania. Nie było więc sensu dalej się ukrywać. W październiku 1982 r. wróciłem do Skawiny. Zgłosiłem się do "Elbudu". Zostałem przyjęty, lecz dyrekcja skierowała mnie do najcięższych prac w akordzie. Nie pozwolono mi wrócić na poprzednie stanowisko tokarza, jednak za wszelką cenę chciałem wrócić do zakładu. Załoga przywitała mnie bardzo serdecznie. Po głodówce byłem bardzo osłabiony, została "ze mnie połowa". Nie miałem siły podnosić stalowych elementów. Koledzy byli wspaniali. Chłopaki powiedziały: "Rysiek nie martw się, wszystko zrobimy za ciebie". Zbierali składki, ale nie było organizacji. Powołałem Tajną Komisję Zakładową "Solidarności", później zdążyłem wydać jeszcze dwa numery "Elbudowca". Moim zastępcą był Jacek Klaś i u jego teściów w Świątnikach Górnych drukowaliśmy "Elbudowca". Pomagał nam równiej mieszkający tu Leszek Batko, brat Lilki, późniejszej żony Bogusia Sonika. Pamiętam jak Leszek ukrywał matryce w fortepianie.

Na początku 1983 roku przez Andrzeja Dańko skontaktowaliśmy się z innymi zakładami pracy. Efektem tej współpracy było powstanie pisma „Solidarność Podgórza, Łęgu, Skawiny i Wieliczki". Spotykaliśmy się na ogół w mieszkaniach prywatnych, a sporadycznie nawet w lesie w Borku Fałęckim. Z tamtego okresu działalności pamiętam z Łęgu Staszka Chmielewskiego, Józefa Dąbrowę i Kzimierz Bębenka z elektrowni w Skawinie. Była ona jedynym aktywnym zakładem w tym mieście. Robiliśmy też napisy na kominach i na ogromnych ciepłowniczych rurach. Pomagał mi w tej działalności przekazujący "bibułę" do elektrowni Henryk Janas.

Trzeba też podkreślić, że bez pomocy ks. Ligęzy, proboszcza parafii św. Tadeusza Judy (odwiedzał nas z ojcem w czasie internowania) w Skawinie wogóle nie byłoby podziemia. Pomagałem też, wspólnie z Heńkiem Kowalem, w organizacji dużego punktu kolportażu na Kozłówku, u państwa Szatkowskich.

Pielgrzymka Ojca Świętego, w czerwcu 1983 r. była jedyną, w czasach PRL, której nie oglądałem zza więziennych krat. Tym razem przyjechali po mnie do zakładu. W roboczym ubraniu uciekłem na dach i przeskoczyłem przez płot. Robiłem to już wiele razy. Kiedyś schodziłem po rynnie z czwartego piętra. Tym razem w środku nocy dotarłem do domu. Mama leżała półprzytomna na podłodze. Esbecy wrzucili do mieszkania gaz paraliżujący, a Ona chorowała na płuca, dostała powikłań i kilka lat później zmarła na raka.

W 1983 roku w trzecią rocznicę podpisania porozumień sierpniowych zorganizowałem strajk i manifestację. Z tego powodu zwolniono mnie z pracy. Komisja Odwoławcza, do której się zwróciłem, zadecydowała o ponownym przyjęciu. Sąd Pracy jednak odrzucił jej stanowisko i podtrzymał decyzję dyrekcji. Na rozprawie sędzia Marek Sadowski uzasadniał, że tacy ludzie jak ja mają "za duży mir wśród załogi" i nie mogą pracować. Przez ponad rok byłem bez pracy.

13 października 1983 r. po Mszy św. za Ojczyznę jak napisano w prokuratorskim oskarżeniu: "w Krakowie-Rynek Podgórski głośnym krzykiem i hałasem zakłóciłem spokój i porządek publiczny, a czynem swym wywołałem zgorszenie w miejscu publicznym". Zostałem aresztowany, ale Sąd Rejonowy uniewinnił mnie. Peerelowski prokurator generalny zaskarżył ten wyrok na moją niekorzyść. Sąd Najwyższy nie przychylił się do tego wniosku i zostałem uniewinniony.

W końcu udało im się zatrudnić się w Kombinacie Budownictwa Mieszkaniowego "Zachód". Nagle dwa tygodnie później "załamał się front robót ślusarskich" i musiałem odejść. Dzięki pomocy Andrzeja Izdebskiego przyjęto mnie w Zakładzie Melioracji Wodnokanalizacyjnej i nie powiadomiono Urzędu Zatrudnienia. Gdy SB dowiedziało się, że tam pracuję, miałem, już podpisaną umowę na czas nieokreślony. Tam poznałem przyszłą żonę. Ślubu udzielał nam ksiądz Tadeusz Zaleski. W kościele zebrało się pół krakowskiego podziemia. Bezpieka robiła cały czas zdjęcia.

Na wiosnę 1984 r. rozbili punkt kolportażu u państwa Szatkowskich. Wtedy przyszli też po mnie, lecz ojciec wybiegł przed dom i zdążył mnie ostrzec. Znowu musiałem się ukrywać, nawet wysłano za mną list gończy. Przez trzy miesiące schronienia udzielał mi doktor Janusz Chodorowski w Krakowie. W Skawinie wszyscy taksówkarze dostali moje zdjęcia. Zauważył mnie jeden z nich, ormowiec Hardek. Powiadomił milicję, która przyjechała z esbekiem, niejakim Droździewiczem. i aresztowali mnie. Zbigniew Włodarczyk, wiceprokurator wojewódzki w Krakowie, powiedział mi: "Takich jak ty, to trzeba mordować". Szczęśliwie dwa tygodnie później ogłoszono amnestię i wypuszczono mnie.

Chyba w 1985 roku utworzyłem z kolegami Komitet Oporu Społecznego Skawina. Było nas kilkunastu m.in.: Zbigniew Sikorski, Marek Byrgiel, Adam Szostek. W redagowaniu ulotek i pism pomagała nam pani Lenczowska, współpracownica dr. Kutyby. Malowaliśmy wtedy ogromne, solidarnościowe napisy, rozrzucaliśmy ulotki. Uczestniczyłem także w wydawaniu kilku gazetek: "Orła Białego", "Wa-Zy", "Homo Homini". To ostatnie robiłem razem z Marianem Banasiem. Najczęściej drukowałem w bloku, gdzie mieszkali teściowie. Na noc zamykałem się w wózkowni, dużym pomieszczeniu na parterze, gdzie mamy zostawiały dziecięce wózki. W tej robocie pomagała mi tylko żona, gdyż uznałem, że tak będzie najbezpieczniej. Czasami rano farba śmierdziała w całym bloku, ale nikt nigdy nie doniósł o tym na milicję.

Nasze mieszkanie było często obserwowane przez tajniaków. Wiedzieliśmy już, w których klatkach siedzą. Ojciec obserwował ich przez wojskową lornetkę, gdy odwracali się dawał znak i wtedy niepostrzeżenie wychodziłem z domu. Aresztowania spodziewałem się zawsze 1 i 3 maja, 31 sierpnia, 11 listopada. W przeddzień zawsze starałem się gdzieś ukryć. Niestety nie zawsze mi sie udawało. Pewnego dnia wyszedłem z synem na spacer. Dominik miał dwa lata i spał w wózku. Wtedy mnie dopadli wrzucając do suki, a płaczące dziecko zostawili na chodniku. Dopiero ludzie odwieźli je żonie.

W kwietniu 1988 r. pracowałem w Przedsiębiorstwie Gospodarki Mieszkaniowej w Skawinie. W tym niewielkim zakładzie ogłosiłem pogotowie strajkowe solidaryzując się ze strajkującymi hutnikami. Kilka dni później dołączyłem do załogi Huty im, Lenina. W hali Walcowni Zimnej Blach było około tysiąca hutników. Koledzy z komitetu strajkowego: Maciej Mach i Janusz Pura poprosili, abym przemówił do załogi. O drugiej w nocy do huty wkroczyli zomowcy. Pobito wielu robotników, także kobiety. Jednego z nich Bogdana Kosińskiego skatowali do nieprzytomności. Później wszystkich pytali "Czy jest tutaj ktoś obcy?" Nikt mnie nie zdradził.

Do pracy w "Elbudzie" powróciłem w 1990 r. co załoga wymusiła dopiero groźbą strajku. Na portierni powitał mnie komendant podgórskiego ORMO. Ten sam, który żegnał mnie w 1983 r.
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
WASZE KOMENTARZE
Wspaniała strona, piękne wspomnienia, szkoda tylko że teraz to o co walczyliśmy, zostaje powoli zaprzepaszczone. Rysiu gorąco pozdrawiam, życzę dalszej owocnej dzialalności i dużo zdrowia. 2006-03-21 14:07:12
~ Danuta Kinaszew
Podziwiam, Pana bohaterstwo. Jednak muszę przyznać, że bolszewicy osiągnęli swoje cele. Usuwając ludzi i łamiąc im kariery wyelminowali Was z życia publicznego. Teraz tylko oni mają ukończone szkoły, doświadczenie na kierowniczych stanowiskach. 2006-04-18 22:07:50
~ dr UJ
Świetna strona. Trochę wiem o tych wydarzeniach od Janusza Szkutnika z Rzeszowa, którego mam akurat okazję od znać od paru dobrych lat. 2007-02-18 15:48:59
~ ewi
Rysiek jestem pod wrażeniem, piękny życiorys. Pozdrawiam bardzo serdecznie i dużo zdrowia życzę. 2007-06-07 22:57:28
~ Grzesiek
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
Treść komentarza
Twój podpis
 



 
za: Promieniści nr 10/86 z 1987-02-16
kalendarz:
1989-04-20Rejestracja Solidarności Rolników Indywidualnych
1984-04-20Odrzucenie propozycji uwolnienia, w zamian za wyrzeczenie się działalności politycznej
Internetowe Archiwum Opozycji Demokratyczej w Małopolsce lat 1976-1989
           Realizowane przy współudziale Stowarzyszenia dla Małopolski            
poleć ten serwis znajomemu