forum     goście     linki     kontakt     szukaj     start         
Nasze informacje
Wystawa
Archiwum
Tamte czasy
Nasza sonda
Adam Michnik nie został zaproszony na prezydencką uroczystość z okazji Marca 68. Fakt ów oceniasz:
pozytywnie
negatywnie
zobacz wyniki
archiwum sond

Małopolska
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
2005-12-19
Józef Lassota
Tak było…
Andrzej Dańko od kilku miesięcy mobilizuje mnie do napisania o "mojej Solidarności" w stanie wojennym. Minęło 25 lat i tak dużo się od tamtego czasu podziało. Nie zamierzam tutaj dokonywać ocen tego okresu, chociaż czasem przychodzą na myśl refleksje, dlaczego jest tak jak jest teraz. Zapewne mogłoby być inaczej, ale i tak uważam, że jest normalnie. A normalnie wcale nie oznacza idealnie.

Czy 25 lat temu, gdy uczestniczyliśmy w historycznych zdarzeniach i wydarzeniach, wiedzieliśmy do czego naprawdę chcemy zmierzać? Ja wiedziałem, że napewno chcę upadku komuny, a potem…, potem już samo miało się układać. Dzisiaj przyznaję, że wówczas dosyć naiwnie myślałem, że w nowej sytuacji ludzie potrafią się łatwo porozumieć. Przekonałem się boleśnie o swojej pomyłce jeszcze przed stanem wojennym. Niektórzy koledzy ze składu MKZ rozpętali przeciwko mnie akcję pomówień o współpracę z SB. Nie będę wymieniał ich nazwisk, tym bardziej, że dwóch z nich już nie żyje, a jeden z nich, Stanisław Zawada, był świadomym TW (Ryszard Majdzik dysponuje odpowiednim dokumentem). Z tego powodu nie zostałem delegatem na I Zjazd NSZZ "Solidarność". Bardzo tę niegodziwość przeżywałem, i paradoksalnie, wprowadzenie stanu wojennego pomogło mi psychicznie się zmobilizować.

Te zapiski, które czynię obecnie, mają charakter wspomnieniowy, dotyczą głównie mojej osoby i są tymi, które najlepiej zapamiętałem.

W "Solidarność" włączyłem się w lipcu 1980 roku. Powstający wówczas ruch sprzeciwu jeszcze nie nazywał się "Solidarność". Potem strajk w Stoczni Gdańskiej, podpisanie Porozumień Sierpniowych, i dopiero tworzenie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego, który niebawem przyjął nazwę "Solidarność". 15 września, w Nowej Hucie, powołany zostaje Międzyzakładowy Komitet Strajkowy - Małopolska, którego zostałem członkiem, razem z innymi 16 osobami. To zebranie w Nowej Hucie poprzedzone było wieloma spotkaniami, jeszcze nieoficjalnymi, wynikającymi z rozlicznych kontaktów pomiędzy zakładami pracy. Pierwszym oficjalnym spotkaniem było spotkanie zorganizowane w CeBeA, na tydzień przed zebraniem w Nowej Hucie. Ten czas 16 wspaniałych miesięcy "Solidarności" był czasem szalonym. Tak ciężko jak wówczas, wcześniej nie pracowałem. Wszystko tworzyło się od początku. Ciągle coś się działo, ogromna ilość spotkań, rozmów i interwencji. Zarówno w sprawach indywidualnych jak i grupowych. Bardzo mocno zapamiętałem moje pierwsze w życiu publiczne wystąpienie i zwarcie. Było to chyba w październiku 1980 roku. Zwrócono się o wydelegowanie przedstawiciela MKS-u na spotkanie Wyższej Szkole Ekonomicznej, dzisiejszej Akademii Ekonomicznej. Padło na mnie. Przychodzę do uczelni, w której byłem po raz pierwszy w życiu, wprowadzają mnie do wypełnionej po brzegi auli. Spoglądam na zebranych i uświadomiłem sobie, że mam do czynienia z ludźmi nauki, którzy na pewno wiedzą o wiele więcej ode mnie, szczególnie w sprawach ekonomii i gospodarki, i że to może być trudne spotkanie. Na dodatek, okazało się, że na spotkanie został zaproszony także Antoni Łopata, reprezentujący Związek Nauczycielstwa Polskiego, chyba był wówczas jego przewodniczącym. Moim zadaniem było przekonać zebranych o słuszności wstąpienia do "Solidarności", a Łopata przekonywał do pozostania w ZNP. Polemika była ostra, ale po mojej stronie była determinacja i wiara w słuszność. Nawet po wielu latach uczestnicy tego spotkania wspominali, że było to bardzo dobre spotkanie, które zdecydowanie wygrałem.

13 grudnia 1981 roku zastał mnie w moim rodzinnym domu, w Siedliskach w rzeszowskim. Niewiele wiedziałem, co się stało. Brak kontaktu, tylko Jaruzelski w telewizji. Pójście do kościoła też nic nie wyjaśniło. Wracam pociągiem do Krakowa. I tu dopiero widać jak to wygląda. Mróz, tramwaje nie jeżdżą. Nie pozostało nic tylko piechotą na osiedle Widok. Po drodze pełno milicyjnych patroli. Na wszystkich większych skrzyżowaniach palące się "koksiaki" i grzejący się przy nich milicjanci. Szedłem z plecakiem, ale nikt mnie nie zatrzymywał. Późnym wieczorem wchodzę do mieszkania. Żona przywitała mnie ze zdziwieniem, że pojawiłem się na wolny. W nocy bowiem była po mnie ekipa ZOMO-wców i SB-ków, ale mnie nie zastali. Noc spędziłem poza domem, nocowałem u znajomych. (Wówczas ostatni raz poddałem się zabiegowi golenia. Później, po osadzeniu w areszcie podjąłem postanowienie, że zgolę brodę po całkowitym upadku komunizmu. Do tej pory tego nie zrobiłem, i nie wiem czy teraz nie wynika to przypadkiem już tylko z lenistwa.) Wcześniej, razem z Krzysztofem Pakońskim i Janem Godlewskim omówiliśmy działanie w dniu następnym, w poniedziałek. Krzysztof był największym optymistą, twierdził, że komuniści wyprowadzają "papierowe czołgi". Zostały przygotowane ulotki i w poniedziałek już od 600 rano informowaliśmy przychodzącą do pracy załogę o potrzebie przeciwstawienia się komunistycznemu zamachowi. Nasz zakład, Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Urządzeń Chemicznych i Chłodniczych - CeBeA, mieszczący się przy ul. Lea - wówczas noszącej nazwę ul. Dzierżyńskiego - był zakładem średniej wielkości; załoga liczyła ok. 500 osób. Przed południem został zwołany wiec całej załogi. Odbył się on na placu pomiędzy budynkami. Po wystąpieniu Krzysztofa Pakońskiego, przewodniczącego Komisji Zakładowej "S" zebrani jednogłośnie zadecydowali o natychmiastowym przystąpieniu do strajku okupacyjnego. Komisja Zakładowa przekształciła się w Komitet Strajkowy, którego prezydium stanowili: Krzysztof Pakoński, Jan Godlewski i Józef Lassota. Odpowiedzialnym za służby porządkowe został Jan Godlewski, a ja zajmowałem się zorganizowaniem biura przepustek. Dyrektor Ośrodka, Stanisław Cichocki, nie zgodził się na udostępnienie radiowęzła zakładowego. W tej sytuacji Krzysztof Pakoński polecił dokonać włamania do pomieszczeń radiowęzła i już na bieżąco informowaliśmy załogę o sytuacji. Dzień upłynął na organizowaniu życia Ośrodka w sytuacji strajku. Przyjęliśmy, że nasz strajk, głównie ze względu na specyfikę zakładu, będzie wyłącznie strajkiem solidarności z innymi, szczególnie chodziło o moralne wsparcie załogi Kombinatu w Nowej Hucie. Nie zamierzaliśmy bronić się przed ewentualną ZOMO-wską pacyfikacją, ale musieliśmy zadbać o zabezpieczenie mienia zakładu, tym bardziej, że w laboratoryjnych instalacjach chłodniczych znajdowało się kilka ton amoniaku. W takiej sytuacji o groźny w skutkach sabotaż nie trudno. Pracownicy, którzy oświadczali, że mają trudną sytuację rodzinną mogli iść do domu. Nie było ich zbyt wielu. Niektórzy postanowili wrócić na noc do zakładu. Nikogo z dyrekcji, ani z PZPR nie zmuszaliśmy do pozostawania w zakładzie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że zarówno członkowie dyrekcji jak i funkcjonariusze PZPR (I sekretarzem był Marian Sochacki) na bieżąco informują swoich partyjnych mocodawców o sytuacji w Ośrodku. Pod wieczór otrzymaliśmy sygnały, że otoczenie Ośrodka "wizytują" jacyś mundurowi, co wskazywałoby na przygotowania do opanowania zakładu. Zostały ustalone dyżury, wejścia i wyjścia (przez bramę) były ściśle kontrolowane i tak nadeszła noc. Po północy, już bardzo zmęczony, ułożyłem się na podłodze w swoim pokoju, w którym pracowałem, i mocno zasnąłem. Po godz. 200 w nocy obudziło mnie walenie w drzwi. Zaspany, mało przytomny, pierwszą myślą było to, że któryś z kolegów czegoś potrzebuje. Otworzyłem drzwi "potrzebującemu" i… zobaczyłem umundurowanych milicjantów z wycelowanymi we mnie automatami. Zostałem wyprowadzony i ustawiony w holu budynku razem z innymi osobami, których mogło być ok. 30-tu. Zaskoczyło mnie, że pilnowali nas ZOMO-wcy razem z żołnierzami. Wszyscy mieli automaty skierowane w naszą stronę. Czułem się jakby za chwilę miała się odbyć egzekucja. Staliśmy tak 2 - 3 godzin, czasem kogoś nowego przyprowadzano. Widać było, że mają listę, kogo należy zatrzymać.

Zapamiętałem taką scenę.
W zakładzie pracowali ojciec i syn. Nosili to samo imię. Ojciec był aktywnym działaczem Solidarności, syn raczej mało się udzielał. Do holu ZOMO-wcy przyprowadzili syna i ustawili razem z nami. W pewnym momencie syn nie wytrzymał i zaczął przekonywać ZOMO-wców, że on tu jest przez pomyłkę, bo to chodzi o jego ojca, który tak samo się nazywa. Zapewne takie zachowanie może świadczyć o ogromnym napięciu i niepewności co do przyszłości. Rano zawieźli nas na Mogilską. Najbardziej upokarzające była tam procedura "przyjmowania" do aresztu milicyjnego. Oprócz wszystkich formalności, wprowadzono mnie do klatki wykonanej z prętów metalowych, o wymiarach 1m x 1m, dokładnie jak dla niebezpiecznych zwierząt. Klatkę zamykano i musiałem rozebrać się do naga, oddając wszystkie części ubioru. Na końcu trzeba było wypiąć tylną część ciała, a jeden z "ciekawskich" zaglądał, czy tam czegoś nie ukryłem.

Po dwu dniach pobytu w areszcie na Mogilskiej, wywieziono nas do więzienia w Wiśniczu. Ale wcale nie było wiadomo dokąd nas wiozą. Na Mogilskiej wsadzili do "suki" i pojechaliśmy zupełnie nie znając celu "podróży". Po jakimś czasie przez szparkę zorientowaliśmy się, że wyjeżdżamy z Krakowa w kierunku wschodnim, w kierunku Tarnowa. Roman Hnatowicz był pewien, że wyjeżdżamy w kierunku Syberii. Nastrój był taki, że nikt nie protestował. Wszystko było możliwe. Jednak podróż nie trwała zbyt długo. "Suka" wjechała na jakiś zamknięty teren i wysiedliśmy w pięknej nocnej, bardzo śnieżnej scenerii. To piękno zakłócone zostało szpalerem milicjantów, między którymi musieliśmy przejść do budynku. Okazało się, że jest to więzienie w Wiśniczu. Pierwsza noc była trudna. Przede wszystkim dlatego, że w celi nie było ubikacji, a tylko 2 wolno stojące kubły. Trudno było cokolwiek poważniejszego zrobić w obecności ponad 20 osób, bez żadnej osłony. Ale w następnym dniu już było lepiej, bo znalazłem się w ogromnej celi, gdzie były 44 łóżka. Prawie wszystkie były zajęte przez naszych ludzi. Więzienie w Wiśniczu urządzone jest w dawnych obiektach klasztornych. Szybko zorganizowaliśmy sobie życie. Dwa razy dziennie odbywały się wykłady. Każdy ze współwięźniów mógł podzielić się swoją wiedzą, doświadczeniem lub opowiedzieć o swoich przygodach. Pamiętam takie rozmowy, w których mimo naszego uwięzienia uważaliśmy, że jesteśmy w komfortowej sytuacji. Będąc odizolowanym nic nie możemy zrobić. Natomiast ci, którzy są na wolności muszą dalej działać narażając się na represje. Bo to na nich spoczywał wówczas obowiązek kontynuowania dalszej działalności. Uważałem, że oni mają znacznie trudniej. Udało się też zdobyć większą ilość fiszek z biblioteki więziennej, a Zbylut Grzywacz zrobił z nich talię kart do brydża. Okna były zakratowane, ale nie miały "blind"; można więc było potrzeć na zimową panoramę. W odległości około 300 m była polna droga, którą szli ludzie, zapewne do kościoła. Była niedziela przed Świętami Bożego Narodzenia, otworzyliśmy okna i z całą mocą 40-tu chłopa, śpiewaliśmy kolędy. Ludzie zatrzymywali się i nas pozdrawiali. Było to wzruszające przeżycie. Posiłki wyglądały w ten sposób, że do celi przynoszono dużą ilość poszczególnych produktów, np. kiszki, salcesonu, pieczywa i sami je porcjowaliśmy. Zapamiętałem dobrze jeden przypadek. Przyniesiono bardzo duży baniak z barszczem czerwonym, z którego nalewaliśmy do talerzy. Po pewnym czasie odsłoniła się "wkładka" w postaci ogromnego świńskiego ucha. Ucho było nie tylko całkiem owłosione, ale co gorsza nie było umyte. Wewnątrz ucha była gruba warstwa brudu, jak to u świni. Chyba już nikt nie był skłonny częstować się tym barszczem.

23 grudnia zaczął się dla mnie nowy etap. Zabrano mnie z Wiśnicza, jeszcze nie wiedziałem dokąd. Niezastąpiony Roman Hnatowicz, przy pożegnaniu wsadził mi do kieszeni kawał kiszki i trochę chleba. Nie był dobrej myśli, mówił, że już się pewno nigdy nie spotkamy. Tymczasem zawieziono mnie do Krakowa, do Prokuratury Wojewódzkiej. Spędziłem tam cały dzień na oczekiwaniu i przesłuchiwaniu przez dyspozycyjnego wiceprokuratora Józefa Burzymowskiego (Burzymowski sporządził też akt oskarżenia z datą 05 stycznia 1982 roku i zaraz po tym awansował na prokuratora wojewódzkiego). Na koniec wręczono mi postanowienie o tymczasowym aresztowaniu, jako podejrzanemu o popełnienie przestępstwa przewidzianego w art. 46 pkt. 2 dekretu z 13.12.1981 r. o stanie wojennym. Znowu wróciłem do piwnic aresztu milicyjnego na Mogilskiej. W tym dniu nie dano mi nic do jedzenia, ani do picia. Ale w kieszeni miałem kiszkę i kawałek chleba. Czułem bardzo wielką wdzięczność do Romana Hnatowicza. Święta Bożego Narodzenia spędziłem na Mogilskiej. Decyzję o aresztowaniu otrzymał także Krzysztof Pakoński i Jan Godlewski. Bardzo wzruszające chwile przeżyłem w Wigilię. Nasze dzielne żony wytropiły, nawet nie wiem jakim sposobem, że znajdujemy się na Mogilskiej i uzyskały zgodę na półgodzinne "widzenie". Spotkanie w Wigilię z żoną, po 10 dniach braku jakiegokolwiek kontaktu z rodziną i bez jakichkolwiek wiadomości, było jeszcze tym większym przeżyciem, że dostaliśmy opłatek. Święta upłynęły na szarpaniu się z "klawiszami", a to o koc, a to o prysznic, itp. Zaraz po Świętach zmieniłem, nie z własnej woli, miejsce pobytu, z Mogilskiej na Montelupich. Zamieszkałem w trzyosobowej celi nr 119. Pryczami były 3 półki przymocowane do ściany, jedna nad drugą. Mnie przypadła ta najwyższa, bezpośrednio pod lampą. Każde jej zaświecenie oślepiało mnie, a trzeba powiedzieć, że w ciągu każdej nocy kilkakrotnie klawisz świecił światło, zaglądając przez judasz do celi. Sprawdzał, czy wszystko jest w porządku. Taki rytuał więzienny.

Cela była malutka, jakieś 8 m2. Oprócz prycz, był też malutki stolik i dwa stołki. To wszystko było na stałe umocowane w betonowej posadzce. Oprócz tego w kącie celi znajdował się sedes, czyli "kibel", osłonięty od reszty celi ścianką drewnianą na wysokość ok. 80 cm. W każdej sytuacji można więc było prowadzić życie towarzyskie z pozostałymi współwięźniami. Oprócz tego były jeszcze jakieś półki przymocowane do ściany. Okno było, ale zakratowane i zablindowane. Nie było żadnego kontaktu wzrokowego ani głosowego z otoczeniem, ani z sąsiadami.

Były też "spacery", czyli gdzieś na dachu aresztu urządzony był wybieg, nazywany spacernikiem, którą stanowiła okratowana z boków i z góry powierzchnia o wymiarach około 20 x 10 m i tam można było pochodzić sobie w kółko na świeżym i mroźnym powietrzu. Oczywiście tylko wtedy, gdy klawisze wyprowadzali, a robili to raz dziennie na 20-30 minut. Ten okres pobytu w celi był najbardziej regularnym okresem mojego życia. Rano o 600 godzinie była pobudka, włączano światło, zaraz potem apel poranny polegający na tym, że klawisze otwierali celę, a jeden z więźniów stojących na baczność meldował stan osobowy celi. Oczywiście, prycze musiały być już zaścielone, a wszystkie rzeczy ułożone w kostkę. Dzień trwał do godziny 2100, kiedy gaszono światło i od tego czasu obowiązywała cisza. Przez cały dzień nie wolno było ani usiąść ani położyć się na pryczy. Można było albo siedzieć na zydelku, albo stać, albo chodzić cztery kroki w jedną stronę, nawrót i cztery kroki w drugą stronę. Mógł to czynić tylko jeden z więźniów, gdyż nie było więcej miejsca. Wówczas często, któryś z pozostałych kolegów mówił do chodzącego: Czy ty myślisz, że jeśli chodzisz to nie siedzisz? Wtedy bardzo dużo grałem w szachy, nauczyłem też się układać kostkę Rubika. Była wówczas w modzie, mój rekord wynosił 17 sekund. Czas od czasu można było też wypożyczyć jakąś książkę z biblioteki więziennej. Oczywiście do biblioteki się nie chodziło, można było tylko zamówić przez "klawisza". Za wychowawcy Aresztu Śledczego można było czasem uzyskać talon na paczkę higieniczno-osobistą lub na paczkę żywnościową 3 kg wraz z opakowaniem. Wykaz na jednym z takich talonów z dnia 04.II.82 zawierał: papeteria, 30 znaczków, papier toaletowy, pasta do zębów, mydło, szampon. Paczki żywnościowe nie mogły zawierać nieotwieranych opakowań, np. puszek konserwowych. Dwa razy spotkałem się w areszcie ze swoim adwokatem, mec. Marianem Sadowskim. Za każdym razem p. mecenas przemycał dla mnie coś spożywczego, a to upieczone przez żonę wspaniałe ciasto ze śliwkami i polewą czekoladową, a to specjalnie dla mnie upieczony chlebek przez Bogdę Pilichowską. Pan Mecenas Marian Sadowski nigdy nie wziął od nas ani grosza za swoją pracę za cały okres stanu wojennego.

Jedna z sytuacji była bardzo miła i zabawna. Zacząłem mieć jakieś kłopoty z oczami. Udało się uzyskać skierowanie na badania specjalistyczne w Szpitalu Okulistycznych w Witkowicach. Później okazało się, że było to działanie zorganizowane. Przywożą mnie więzienną suką do szpitala, oczywiście cały czas towarzyszy mi uzbrojony klawisz i nie opuszcza ani na krok. Do badania wzroku trzeba było wejść do ciemni, a tam już nie było miejsca dla klawisza, musiał więc zostać w pomieszczeniu przed ciemnią. Siadam do badania, i ze zdziwieniem widzę, że jedną z osób w białym fartuchu jest moja żona, Żdana, która jest psychologiem, a nie okulistą. To było świetne. Całą akcją kierowała p. dr. Sabina Riedlowa, u której na oddziale spędziłem później kilka tygodni, i nawet legitymowałem się książeczką jaskrową. Jak widać, służba zdrowia bardzo wspomagała nas w trudnych sytuacjach.

W połowie stycznia rozpoczęły się rozprawy sądowe w Sądzie Wojewódzkim w trybie doraźnym. Akt oskarżenia obejmował Krzysztofa Pakońskiego, Jana Godlewskiego i mnie. W trakcie procesu, w dniu 15 stycznia 1982 roku, zwolniony został z aresztu Krzysztof Pakoński, ze względu na stan zdrowia. Wywożenie do sądu, to była cała wyprawa. Przy opuszczaniu aresztu dokładna rewizja, zakładano kajdanki i tak dowożono do sądu. Zanim wprowadzono na salę sądową przetrzymywano nas w zakratowanych pomieszczeniach-klatkach, a dopiero później wprowadzano na salę sądową. Na nas robiło niesamowite wrażenie, że za każdym razem sala była pełna ludzi; rodzina i znajomi. Była to jedyna możliwość znalezienia się wśród swoich, chociaż możliwy był tylko kontakt wzrokowy. Ale bardzo wyraźnie czułem tą jedność duchową. Za każdym razem, kiedy wprowadzano nas na salę rozpraw, wszyscy wstawali. Sąd wchodził dopiero później. To bardzo podtrzymywało na duchu. Rozpraw było około dziesięciu, i za każdym razem sytuacja się powtarzała. Bardzo miło było zobaczyć wśród ludzi księdza Bogdana Markiewicza z mojej parafii św. Antoniego, dzisiejszego proboszcza parafii w Bieżanowie. Raz zdarzyło się, że na sali znalazła się moja 12-letnia córka Kaja, nawet żona próbowała ją ucharakteryzować na bardziej dorosłą, ale czujne oko sędziego wytropiło ją i sędzia polecił ją wyprowadzić. A szkoda. Sądził nas 3-osobowy skład sędziowski, wśród których bardzo pozytywnie wyróżniał się jeden stosunkowo młody sędzia. Później, dowiedziałem się, że nazywał się Włodzimierz Olszewski, ten sam, który obecnie jest Rzecznikiem Interesu Publicznego.

Prokurator Burzymowski zażądał dla mnie kary 6 lat pozbawienia wolności. Wówczas liczyłem się z tym, że wyrok będzie w wysokości 3 lat więzienia. Nie była to perspektywa optymistyczna. 12 lutego 82 roku wyrok został ogłoszony. Sąd wymierzył mi karę 2 lat pozbawienia wolności z zawieszeniem na 3 lata i ku mojemu zaskoczeniu, prosto z sądu wyszedłem wolny. Wyrok został zaskarżony do Sądu Najwyższego, zarówno przez prokuratora jak i przez obrońców. Sąd Najwyższy wydał wyrok w dniu 20 maja 82 r., uchylając wyrok Sądu Wojewódzkiego i przekazując sprawę do ponownego rozpatrzenia do tego samego sądu. Te kilka pierwszych miesięcy 82 roku już pokazały, że władza komunistyczna nie poradzi sobie z opozycją, i już czuło się zelżenie tego poczucia terroru. W konsekwencji Sąd Wojewódzki wydał wyrok w dniu 21 stycznia 1983 roku, w którym uznając mnie winnym wymierzył karę 1 roku pozbawienia wolności z zawieszeniem na okres 2 lat, karę grzywny w kwocie 15 000 zł lub zastępczo karę pozbawienia wolności (1 dzień = 500 zł), koszty postępowania, a także dodatkowej opłaty w wysokości 5 100 zł. I na tym moje sprawy sądowe związane ze stanem wojennym się zakończyły. Ale nie zakończyły się moje "przygody" związane z nieposłuszeństwem wobec "władzy". Niedługo po wyjściu pojechałem do internowanych do Załęża k/Rzeszowa. Niektórzy zdziwili się widząc mnie na wolności. Tej wolności jednak nie zaznałem zbyt długo. Otóż w maju 83 roku była uroczystość św. Stanisława. Jak zawsze procesja z Wawelu na Skałkę. Oczywiście wziąłem udział w procesji, ale w osobliwej sytuacji. Szliśmy we trzech: Tadeusz Piekarz (dotychczas na wolności), Stefan Afenda i ja. Na zmianę nieśliśmy w procesji grubą świecę z naklejonym napisem "SOLIDARNOŚĆ" z nawiniętym drutem kolczastym. Najbardziej poszkodowanym przez kapiącą parafinę był Stefan, który najdłużej tę świecę nosił. Drugim symbolem był czarny flakon, w którym znajdowały się biało-czerwone kwiaty i szarfa z napisem: "MATCE JASNOGÓRSKIEJ SOLIDARNOŚĆ MAŁOPOLSKA". Przez całą procesję i w czasie mszy św. Na Skałce nieśliśmy te symbole ponad głowami, tak ażeby były dobrze widoczne. I rzeczywiście, wzbudzały zainteresowanie, gdyż chyba nigdy później nie byliśmy tak obfotografowywani, jak wówczas. Mieliśmy świadomość, że w dużej części są to funkcjonariusze SB. W następnym dniu Tadeusz dostał wezwanie na Mogilską, a dla mnie wyznaczono dzień 13 maja. Tadeusz już nie wrócił do domu, więc spodziewałem się tego samego. Zamiast zgłosić się na Mogilską udałem się do szpitala zgłaszając skręcenie nogi w kostce. Założono mi gips i wypisano kilka dni zwolnienia. Żona zadzwoniła na Mogilską i powiedziała, że z tego powodu nie mogę się zgłosić. Za 3 godziny przyjechał ekipa 5 funkcjonariuszy, aby mnie zabrać. Nie byłem do tego skory, więc zjawiło się ich następnych czterech. I tak znalazłem się ponownie w areszcie milicyjnym na Mogilskiej z jednym butem. Ten but miał znaczenie, gdyż przez dwa dni nie dano mi niczego do spania. Spędziłem je więc na gołych dechach tzw. Pryczy, a na noc podkładałem sobie tego buta pod głowę. Nocami byłem zawożony na VI piętro, gdzie osobnik przedstawiający się jako kpt Woźniak, prowadził długie rozmowy namawiając do podjęcia współpracy. Nawet kawę dostałem. Przekonywał, że oni każdego potrafią kupić, że jest to tylko kwestia ceny. Mimo, że miałem wyrok w zawieszeniu i złożone zaskarżenie do Sądu Najwyższego, nie byli w stanie zaproponować mi takiej ceny, za którą mógłbym się sprzedać. Po trzech dniach znalazłem się znowu w areszcie na Montelupich, ale dzięki służbie zdrowia, wylądowałem w tamtejszym szpitalu więziennym. Były to warunki o niebo lepsze niż w zwykłej celi, ciepła woda w kranie, dużo miejsca, a nawet udało się uzyskać zgodę na przyniesienie małego telewizorka do celi w związku z odbywającymi się wówczas mistrzostwami świata w piłce nożnej. Do godz. 21.00 mogliśmy oglądać mecze. W celi było nas trzech. Przez pewien czas "zamieszkiwał" z nami także Kazimierz Głowacki. Ten czas internowania trwał do 6 lipca, kiedy zostałem wypuszczony, o czym nie wiedziała nawet żona. Tak się złożyło, że zaraz po wyjściu z aresztu spotkałem na ulicy Lesława Maleszkę, z którym odbyłem dłuższą rozmowę. Dzisiaj, wiedząc już, jaką rolę odgrywał w tamtym czasie Maleszka, trudno uznać, że było to spotkanie przypadkowe.

19.12.2005 r.

C. D. N.
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
Twój komentarz może być pierwszy
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
Treść komentarza
Twój podpis
 



 
za: Promieniści nr 10/86 z 1987-02-16
Internetowe Archiwum Opozycji Demokratyczej w Małopolsce lat 1976-1989
           Realizowane przy współudziale Stowarzyszenia dla Małopolski            
poleć ten serwis znajomemu