forum     goście     linki     kontakt     szukaj     start         
Nasze informacje
Wystawa
Archiwum
Tamte czasy
Nasza sonda
Adam Michnik nie został zaproszony na prezydencką uroczystość z okazji Marca 68. Fakt ów oceniasz:
negatywnie
pozytywnie
zobacz wyniki
archiwum sond

Małopolska
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
2005-12-30
Wojciech Marchewczyk
Tak było ...
W 1981 roku byłem nauczycielem akademickim, asystentem w Instytucie Kształtowania Ochrony Środowiska na AGH. Tuż przed stanem wojennym z ramienia KZ "S" opiekowałem się młodzieżą NZS, prowadzącą wtedy strajk okupacyjny na uczelni. W sobotę 12 grudnia zwolniłem się ze strajku i poszedłem na obchody 75. rocznicy powstania klubu sportowego "Cracovia", które odbywały się w hali "Sokoła". Potem ze znajomymi poszliśmy jeszcze do klubu aktorów, do SPATiF-u, tak że impreza przeciągnęła się do późnej nocy. Do domu przy ul. Łokietka wróciłem ok. godz. 3 nad ranem nieświadom kompletnie tego, co się już zaczęło. O godz. 9 rano obudzono mnie, abym naprawił niedziałający telewizor. Nie byłem tym zachwycony, ale on rzeczywiście nie działał. Chwilę później od mieszkającego obok sąsiada dowiedziałem się, że wprowadzono stan wojenny. Błyskawicznie się ubrałem i w 20 minut byłem na AGH. Biegłem przez zupełnie puste ulice. Po drodze nie spotkałem ani jednego człowieka, ani żadnego samochodu. Ta cisza i pustka były przerażające.

Chciałem się znaleźć na uczelni, gdyż czułem się odpowiedzialny za strajkujących studentów. Poza tym spodziewałem się, że tam dowiem się czegoś więcej o tym, co się stało. Byłem zdenerwowany, bo mój starszy brat Jacek, jako członek Komisji Krajowej, był na obradach w Gdańsku. Na AGH zastałem młodzież zupełnie zdezorientowaną, nie bardzo wiedzącą, co dalej robić. Akurat przed Pawilonem A4, gdzie odbywał się strajk studencki stały autokary "Ikarusy". Rzuciłem wtedy hasło wyjazdu do Nowej Huty. Zgłosiło się dużo osób. Na wstępie wykluczyłem udział studentek w tym przedsięwzięciu. A jednak trzy lub cztery jakoś się prześliznęły do autobusów z całą resztą (1). Okazało się, że nie doceniłem dzielności kobiet. Dwoma albo trzema autokarami przejechaliśmy przez całe miasto, nie zatrzymywani przez nikogo. Przed godziną 10.00 dotarliśmy pod Kombinat. Było nas ok. 300 osób. Wiem, bo na miejscu policzyliśmy się dokładnie. Tam jeszcze raz zaapelowałem do studentów o zastanowienie, mówiłem, że za tą bramą nie będzie już odwrotu i można życie stracić. Niewielu jednak się wycofało i wróciło jednym z autokarów.

W hucie wszyscy trafiliśmy na Walcownię Drobną i Drutu. Było tam sporo miejsca i przede wszystkim przyjemnie ciepło, co przy ówczesnych mrozach miało swoje znaczenie. Obok nas był Wydział Zgniatacza, kolebka tutejszej Solidarności. Skontaktowałem się wtedy ze Staszkiem Handzlikiem, Mietkiem Gilem, Jasiem Ciesielskim i Edwardem Nowakiem. Ten ostatni należał do głównych agitatorów, tak iż pod koniec strajku stracił zupełnie głos. Ze studentami przystąpiliśmy od razu do produkcji ulotek, które następnie były kolportowane na mieście i w kombinacie. W pewnym momencie któryś z członków Komitetu Strajkowego wydał zupełnie niepoważną odezwę o rozpoczęciu od dnia następnego bezterminowego strajku głodowego aż do końca. Wtedy spora część młodzieży (ok. 100 osób), mocno wystraszona perspektywą śmierci głodowej, zdecydowała się na przerwanie strajku i powrót do domu.

Tu muszę rozwiać jeden z dość rozpowszechnionych mitów o tym, jakoby strajk w Kombinacie trwał od samego początku. W pierwszym dniu w hucie nie było praktycznie żadnego strajku. Wtedy, jak oceniam, naprawdę strajkowało 5, może 10 procent załogi. Hutnicy byli mocno wystraszeni. Sądzę, że strajk rozwinął się dlatego, że ludzie czekali na wypłaty. A bali się, że jak pójdą do domów, to im przepadną pensje. Ponadto odbywane co godzinę wiece, na których przemawiali działacze "Solidarności", skłoniły większość załogi do pozostania w pracy. Szybko uruchomiono radiowęzeł, tzw. Radio Wolna Polska. W nim zaczynał karierę Stanisław Tyczyński. Słuchaliśmy też Wolnej Europy, którą doskonale było słychać. Nagłośniony był cały nasz Wydział. Wtedy też zaczęła się moja historia, jako "trybuna ludowego", który na meleksie jeździł po wydziałach. W pamięci pozostała mi szczególnie postawa Edka Nowaka, którego też wszędzie było pełno: chodził, agitował, przekonywał.

Nasza młodzież była wspaniała. Wypuszczaliśmy ich na zewnątrz, tak, że jeździli po całej Polsce. Nie wiem, kto załatwił czy ukradł dla nich lewe przepustki. Dostaliśmy też masę jedzenia. Zorganizowaliśmy się bardzo szybko już w pierwszych dwóch dniach. Atmosfera była bardzo sympatyczna. Niemniej nasi ludzie powoli się wykruszali. W trzecim i czwartym dniu jak przybywało robotników, tak ubywało studentów. Tak, że pod sam koniec strajku zostało ich ok. 40. Przebraliśmy ich w kufajki, aby udawali hutników.

Jeździliśmy po całym terenie kombinatu sprawdzając, czy gdzieś nie przechodzi ZOMO. Pod sam koniec byliśmy zorganizowani wręcz perfekcyjnie. Przekonanych było sporo, tak, że do końca wytrwało z 30 procent załogi, kilka tysięcy ludzi. Jak dotarła do nas informacja o zamordowanych w kopalni "Wujek", to w pierwszej chwili ludzie chcieli się bronić. Na moim Wydziale Walcowni Drobnej pojawiły się pomysły, żeby w momencie wejścia zomowców puścić w ruch maszyny w ten sposób, aby druty o temperaturze kilkuset stopni hulały po całej sali. Gdyby do tego doszło, byłaby straszna jatka. Jednak potrafiliśmy ostudzić te nastroje tłumacząc, że będziemy biernie protestować, nie wdając się w walkę. Wiedzieliśmy bowiem, że nie mamy żadnych szans na czynny opór.

Cały czas trwały pertraktacje z różnymi pułkownikami, którzy przychodzili do nas na rozmowy. Prowadził je głównie Mietek Gil, który był do nich oddelegowany jako szefKRH. Mieliśmy świadomość, że wcześniej czy później nas zaatakują. Widzieliśmy i słyszeliśmy jak pacyfikowali zajezdnię tramwajową w Bieńczycach. Dlatego bramy wejściowe do kombinatu zostały zaspawane i zablokowane starymi wrakami autobusów. To rzeczywiście robiło niesamowite wrażenie. Byliśmy silni, zwarci i gotowi, gdy nagle w ciemnościach przed oczami wyrósł nam czołg rozwalający bramę. Wialiśmy na meleksie tak szybko, jak tylko się dało. Na Wydziale zdecydowaliśmy, że robotnicy utworzą krąg, a w środku ustawi się młodzież i tacy, jak ja - ludzie z zewnątrz. Zaczęliśmy się modlić. Wszystko to diabli wzięli, gdy do hali wkroczyło ZOMO. Okazało się, że stoję na samym czele, mając w pierś wycelowaną lufę karabinu. Skłamałbym, gdybym powiedział, że się wtedy nie bałem. Przecież wiedzieliśmy już, że na Śląsku strzelali.

Za czołgami na kombinat pierwsi weszli żołnierze. Byli tak zmęczeni i głodni, że pierwsze co zrobili, to rzucili się najedzenie, które spuszczaliśmy im z okien. Widać było, że ich morale jest niskie. Niedługo potem zostali wycofani, co nawet wywołało naszą radość. Po chwili jednak do pomieszczeń Wydziału wbiegł stosunkowo niewielki, liczący ok. 40 ludzi oddział zomowców. Przemieszczali się rzeczywiście bardzo sprawnie, błyskawicznie zepchnęli nas w kąt hali i otoczyli. O oporze nie mogło być mowy. Były jakieś rozmowy między nami a nimi. Zaraz utworzyli szpaler, przez który nas wyprowadzali. Oni zresztą też się bali, bo ktoś na moment wyłączył światło, a na Wydział wchodziło się przez bardzo długie tunele. Dlatego, gdy ponownie je zapalono, wyłącznika pilnowało już kilku zomowców z pistoletami maszynowymi. Ale jak się potem okazało, nie mieli w nich amunicji. Jeden z nich pokazał nam pusty magazynek. Z tego co pamiętam, to tak naprawdę brutalnie i po chamsku zachowywali się esbecy, którzy zjawili się za nimi.

Później odbyła się selekcja, która przebiegała dość sprawnie. Robotników wpuszczali z powrotem na halę, żeby rozpoczęli pracę. Chcieli pokazać, że w kombinacie przywrócono porządek i produkcja ruszyła. Wszystkich złapanych spoza HiL pałowano i wywożono na Mogilską lub do internatów. W ten sposób zabrali kilku moich studentów, m.in. Tadeusza Górczyka, Piecucha, ale większości udało się ukryć. W momencie jak wszyscy szli na selekcję, nakazałem im przykucnąć pod ścianami tuneli i szybko wracać na halę. Większość (około 30 osób, w tym trzy rewelacyjne dziewczyny, których nazwisk nie pamiętam) tak zrobiła i wycofała się z powrotem, a następnie jako brygadziści rozpełzli się po zakładzie. Bezpieka chciała mnie zabrać, ale nagle podszedł do mnie jeden z robotników i powiedział: "Panie inżynierze, awaria". Wtedy mnie puścili i już ukryłem się wraz z innymi, w kanałach, gdzie przesiedzieliśmy chyba całą dobę. Z HiL-u wyszliśmy w okolicach Ruszczy mroźną nocą 18 grudnia 1981 roku. Była nas całkiem spora grupa 10-15 osób; gdy przejeżdżał jakiś samochód, chowaliśmy się w rowach. Tak doszliśmy aż do Rynku w Krakowie, gdzie całą grupą udaliśmy się do kościoła św. Anny. Byłem potwornie zmęczony, przemoczony, gdyż tuż przed pacyfikacją wyprałem sobie ubranie i dziwię się, że nie odpokutowałem tego marszu ciężką chorobą.

Potem przez jakiś czas zaczęliśmy się spotykać w Duszpasterstwie Akademickim przy kościele św. Anny. Pamiętam, że robiłem wtedy to, co wszyscy, tzn. przepisywałem teksty różnych komunikatów i serwisów informacyjnych. Zaraz po powrocie ze strajku dostałem od kogoś cały plik przepustek in blanco. Dzięki nim mogłem jeździć, gdzie tylko chciałem. To było niebywałe, gdyż takie rzeczy można było dostać tylko na milicji. Do dzisiaj nie wiem, kto mi to dał. Dzięki temu udało się nam nawiązać kontakty z innymi miastami już na przełomie grudnia i stycznia 1981/1982. Studenci jeździli i przywozili "bibułę" z innych miast.

Pierwszy raz przesłuchali mnie w stanie wojennym dopiero w maju 1982 roku. Miało to związek ze strajkiem, jaki przeprowadziliśmy 13 maja w AGH. Jako organizatora protestu wskazał mnie rektor Kleczkowski, gdyż widział, jak wywiesiłem biało-czerwoną flagę. Wcześniej bezpieka szukała moich kontaktów na uczelni, aleja byłem zaangażowany w struktury nowohuckie i dlatego nie mogli mnie namierzyć. SB dotychczas bardziej interesowała się moimi braćmi - Jackiem i Rafałem. Muszę jednak przyznać, że zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego rektor zachowywał się porządnie, pomagał represjonowanym. Kiedy po grudniowym strajku w hucie aresztowali studentów, on płacił za nich grzywny, wyciągał z więzienia. Sam miałem wtedy z nim bardzo dobre kontakty, ale później się zmienił. Nie wiem, dlaczego?

W tym czasie byłem już ostro zaangażowany w działalność nowohucką. Chyba w drugiej połowie marca 1982 roku przyszli do mnie do domu koledzy ze strajku Zdzisław Jaworski i Jerzy Ostałowski z Walcowni Drobnej i Drutu. Wydali właśnie pierwszy numer "Hutnika" i zwrócili się do mnie z pytaniem, czy nie pomógłbym im redagować to pismo. Zgodziłem się i tak się zaczęła moja przygoda z "Hutnikiem". Spotykaliśmy się regularnie w różnych miejscach i mieszkaniach. Z drukiem nie było problemu, bo większość sprzętu udało nam się ukryć na terenie kombinatu jeszcze przed samą pacyfikacją huty. Bardzo mało go wpadło w ręce milicji. Jeden z naszych studentów powiedział, że wydostanie z huty dla nas ten sprzęt i przeniesie na zewnątrz. Udało mu się tego dokonać, w jaki sposób to zrobił, nie wiem do dziś. "Hutnik" był powielany w różnych miejscach na terenie Krakowa. Dla zmylenia bezpieki napisaliśmy "powielarnia Puszcza Niepołomicka". Oni rzeczywiście dali się na to nabrać i przez pewien czas przeszukiwali tam lasy i okoliczne domy.

W redagowaniu "Hutnika" uczestniczyłem od 2 numeru. Pierwsze trzy wyszły na powielaczu, kolejne zrobione były na ramkach. Materiały dostarczali mi koledzy, a ja następnie je opracowywałem. Wkrótce dołączył do nas Maciej Mach, który przynosił nam rewelacyjne wiadomości, gdyż miał zakonspirowanego informatora przy Kazimierzu Miniurze, I sekretarzu Komitetu Fabrycznego PZPR w HiL. Partyjni dostawali szału, kto nam dostarcza tych informacji. Część z nich pochodziła zresztą z teleksów. Oni zabierali oryginały, a kalki wyrzucali do kosza. Te zaś przekazywały nam sprzątaczki. Z kolei od mojego brata Jacka otrzymywałem najświeższe informacje z posiedzeń TKK NSZZ "S". Należy podkreślić, że pomysłodawcą stworzenia podziemnej "krajówki" był Władysław Har-dek. Spotkał się z Bujakiem, Frasyniukiem, Szumiejką, Bednarzem, Lisem, Borusewiczem i zaczęli działać. Pierwszą łączniczką między Hardkiem a innymi osobami była Teresa Starmach. Ona uczestniczyła w tym od początku, a dla nas przywoziła różne ciekawe informacje z posiedzeń TKK i przekazywała je mojemu bratu Jackowi. I tak trafiały do "Hutnika". Te kontakty przyczyniły się do tego, że mieliśmy najbardziej wiarygodne informacje z różnych źródeł. Od TKK NSZZ "S" po Komitet Fabryczny i Wojewódzki PZPR oraz nasłuchy polskich rozgłośni nadających z Zachodu. Dlatego "Hutnik" stał się jednym z najbardziej wiarygodnych i popularnych pism, którego nakład sięgał 15 tyś. egzemplarzy. Ilustracje do pisma, różne "wrony", "jaruzele" itp., robił bliski znajomy Baśki Patułowej, Wojtek Podrzycki. On ilustrował potem większość "Hutników". Pismo było często cytowane przez RWE. Informacje przekazywał Łaptaś Środoniowi, a ten swoimi kanałami wysyłał bibułę na Zachód.

Pismo ukazywało się co tydzień, sporadycznie tylko zdarzały się opóźnienia. Staraliśmy się trzymać terminów, których pilnował Maciek Mach. Było to ważne, gdyż wtedy lepiej funkcjonowały punkty kolportażu. Odpowiedzialnym za nie był Jerzy Rusek, pseudonim "Ostrożny". Z tej jego cechy wielu żartowało, ale okazał się niebywale skuteczny. Zorganizowana przez niego sieć kolportażu, nie tylko zresztą "Hutnika", funkcjonowała bez wpadki od początku stanu wojennego do samego końca. Wraz z "Hutnikiem" kolportowane były przez naszą sieć "Aktualności" redagowane przez Krystynę Ryczaj, obecnie żonę mojego brata, "Serwis Informacyjny", później "Bez Dekretu" i spore ilości bibuły zachodniej, głównie z Norwegii.

Bezpiece "Hutnik" tak zalazł za skórę, że powołali specjalną grupę, aby nas rozpracowała. Kierował nią niejaki Hryniewicz, specjalnie przysłany tu z Warszawy. Pierwsza moja wpadka nie miała jednak związku z tygodnikiem, tylko radiem "Solidarność".

Latem 1982 roku postanowiliśmy za przykładem Warszawy nadawać podziemne audycje. Pojechałem wtedy z Krystyną Ryczaj do stolicy, gdzie od pewnego zwariowanego fizyka z Uniwersytetu Warszawskiego kupiłem za 5 tysięcy złotych nadajnik. Mieścił się idealnie w pudełku po "winiaku lubuskim". Następnie kupiliśmy magnetofon "Major". Audycje radia "Hutnik" przygotowywałem z Grzegorzem, studentem astronomii, był ze mną na strajku w hucie, wyniósł nawet powielacz. Z kolei mój brat Rafał nagrał na okarynie "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród". Pierwszą audycję nadaliśmy z dachu jednego z budynków na Mistrzejowi-cach, zaraz obok kościoła. Wstroiliśmy nadajnik na 2 program telewizji publicznej. Emisja trwała około 3 minut, żeby nie mogli nas namierzyć. Słyszalność jej była nawet za Wieliczką. To było gdzieś w końcu października. Przy drugiej audycji, emitowanej już na profesjonalnym sprzęcie z zachodu, słyszeliśmy dźwięk syren milicyjnych.

W związku z tym najpierw zaczęli gnębić mojego brata, Rafała; gdy zaczęli wokół niego chodzić, coś zacząłem przeczuwać. Dlatego wywiozłem całą "bibułę" do mieszkania Anny Wielochy przy ul. Bytomskiej. Zgarnęli mnie 23 listopada 1982 roku, gdy wyjeżdżałem chyba z tonąpapierów. Baśka, będąca w ciąży, w ostatniej chwili pakowała pod swój ogromny brzuch, co się tylko dało.

Podczas rewizji wzięli także nadajnik i antenę. W kuchni była antena (jeż), w pokoju radiostacja. Ubek się zorientował i zabrał je ze sobą, nie umieścił ich jednak w spisie rzeczy zabranych. Nie wiem dlaczego i co się z tym później stało. W każdym razie, gdyby mi udowodniono wtedy nadawanie audycji, na pewno dostałbym wysoki wyrok.

Sypnął mnie sąsiad. Powiedział, że jestem u teściowej. Milicja wpadła do mieszkania przy Łokietka, wywalając drzwi, lecz nikogo nie zastała. Nie bardzo wiedzieli, co ze mną zrobić. W końcu internowali mnie, uzasadnili to możliwością "spowodowania przeze mnie siłą przewrotu w państwie". Dwa dni później Baśka Patuła urodziła mi córkę Kasię, ale ja nic o tym nie wiedziałem. Byłem wtedy ostatnim internowanym w Krakowie, pamiętam, że miałem nr 449. Spędziłem niewiele ponad dwa tygodnie na Mogilskiej.

Internowanie było wtedy nobilitacją, siedziałem z jakimś złodziejem samochodów. Byłem jednak wściekły, gdyż zabrali mnie w momencie, gdy podziemna robota zaczynała się rozkręcać. Miałem już drukarnie przy Krakowskich Żaków na Klinach, a na Azorach przy ul. Stachiewicza 34 dwa dobre offsety, dużo papieru. Pracował dla nas wspaniały drukarz, Władek Kucharz, który był szefem "Solidarności" w drukarni na Wadowickiej.

Na Mogilskiej trzymali mnie obok dyżurki i podsłuchałem, że aresztowali brata Jacka. Usłyszałem też, w której jest celi. Udało mi się zapukać do niego, gdy wyprowadzali mnie na spacer. Potem przewieźli mnie na "Monte". Zacząłem walić w drzwi, że chcę do chłopaków z "Solidarności" na Piaski do Kielc i że nie będę siedział z bandytami. Wcześniej umówiłem się z nimi, żeby się nie obrazili. Gdy wpadali klawisze, moi współlokatorzy w celi mówili im jeszcze, żeby mnie zabrać, bo się mnie boją, takie chłopy dwa razy większe ode mnie. Byli bardzo życzliwi gdyż wiedzieli, że my nienawidzimy komuny, podobnie jak oni. Zresztą za "S" znacznie poprawił się ich więzienny status.

6 grudnia 1982 roku kazali się pakować, myślałem, że jadę do Kielc, a oni mnie zwolnili, gdyż nowohucki PRON podjął uchwałę, żeby mnie zwolnić. Było to kompletną abstrakcją, gdyż co miał PRON z Nowej Huty wspólnego ze mną. Nawet nie mieszkałem w tej dzielnicy. Wróciłem do domu, gdzie czekała Baśka z małym dzieckiem. Wtedy nic nie było: pieluch, odżywek, wyłączali wodę, prąd, a ja nadal konspirowałem. Miałem poukładany czas: rano w domu, zajęcia na uczelni po południu, a w nocy konspira. Baśka bała się o mnie i oczywiście miała rację. Często z tego powodu miałem w domu piekło.

Podczas mego internowania Zdzisław Jaworski z chłopakami wydał dwa numery "Hutnika" i bezpieka była przekonana, że nie jestem zaangażowany w jego wydawanie. Na Sylwestra 1982 roku wypuścili Jacka, który wydawał także, od pierwszego do ostatniego numeru, "Obserwatora Wojennego". Później, gdy brakowało już papieru, zrezygnowaliśmy z "Obserwatora", zaczęliśmy drukować książki w ramach "Biblioteki Obserwatora Wojennego" oraz "Bez Dekretu". Od 1983 roku, wspólnie z Władkiem Kucharzem, robiliśmy też znaczki "Poczty Kraków", a także proporce, kalendarze.

Na początku 1983 roku dostaliśmy z przerzutu z Norwegii nowoczesny nadajnik o dużej mocy (ok. 20 W) wmontowany w wysokiej klasy radio. Tych audycji już nie nadawałem, gdyż wymyśliłem, że niech robią to studenci "na Miasteczku". Najpierw uruchomili go jako radio "Hutnik", a później NZS-u. Zaangażowana w to była obecna żona Maćka Macha, Una Górawska. Wkrótce "na miasteczku" studenckim zrobiło się gorąco. SB namierzało nadajnik, a poza tym radio, w którym był zamontowany, rzucał się w oczy. Radio zostało na moment zamelinowane, gdzieś na Azorach, ale wcześniej, w przeddzień drugiej rocznicy rejestracji, nadano dobrze słyszalną audycję. 17 lutego 1983 roku (2) studenci po mszy św. w kościele ojców Dominikanów wmurowali na Plantach, pod figurą u zbiegu ul. Jagiellońskiej i Olszewskiego, tablicę pamiątkową z cytatem Stanisława Wyspiańskiego: "Daj nam poczucie siły i Polskę daj nam żywą". Wcześniej tablica leżała u mnie w domu. Zrobiliśmy jej zdjęcie, które następnie ukazało się w "Hutniku". Było charakterystyczne, gdyż po bokach były widoczne kawałki mojego dywanu. W akcję wmurowania zaangażowany był mąż mojej siostry Krystyny, Jurek Pszon, u którego przy Garncarskiej też drukowaliśmy "Hutnika". Kilka miesięcy później "na Miasteczku" przeprowadzono kolejną, dużą akcję wymalowania stołówek akademików napisami przeciwko komunie. "Swój" czyli Darek Piekło wykonał ogromne napisy "Solidarność", ciągnące się z góry na dół, na 15-piętrowych akademikach "Olimp" i "Kapitol" (3).

Chyba wiosną 1983 roku spotkałem Jurka Zdradę, który używał pseudonimu "2000". Powiedział, że może nam dać powielacz z PAN-u. Przekazaną maszynę zamelinowaliśmy przy ulicy Dolnych Młynów, w mieszkaniu, gdzie Piecuch opiekował się niewidomą matką Jaroszewskiego. Materacami wytłumiliśmy ściany, a okna zaciemniliśmy. Wykonanie było tak profesjonalnie, że z zewnątrz mieszkanie wyglądało na puste. Zwieźliśmy tam tony papieru, tylko był jeden problem. Powielacz od Zdrady był niesprawny. Nie chcieliśmy sprowadzać do naprawy nikogo z Krakowa, gdyż zwiększało to ryzyko. Darek Piecuch miał też kontakty ze środowiskiem wydającym "Wolę" w Warszawie, skąd przyjechał specjalista od romayorów (4). Dotarł z zawiązanymi oczami, wcześniej wożony w koło po całym Krakowie. Nie było mnie tam, a po naprawie chłopcy postawili pół litra i zaczęli się bratać i opowiadać, jak u nas wszystko jest dobrze zorganizowane. Po tych opowieściach trafiłby z powrotem w środku nocy nawet z zawiązanymi oczyma. Dwa dni później w telewizji pokazali wpadkę "Woli". Zadzwoniliśmy od razu do Warszawy i najprostszym tekstem chcieliśmy się coś dowiedzieć: "Ciocia ma raka i czy są przerzuty?". Piecuch uspokajał, że nie, wszystko w porządku, robimy dalej. Na początku kwietnia 1983 roku, w Święta Wielkanocne, była jeszcze zima. Pojechałem do drukarni, chciałem zobaczyć jak idzie robota. Lubiłem też sam się wszystkiego uczyć.

Nagle ktoś zapukał mówiąc, że z gazowni. Już wiedzieliśmy, że nas mają. Od razu poczuli zapach farby. Zdążyliśmy tylko zgasić światło, gdy trzech ubeków wywaliło drzwi. Ich euforia była niebywała, zapytali tylko mnie, gdzie włącza się światło, odpowiedziałem, że pod oknem. Oni w to uwierzyli i idąc przez zagracony pokój, potykając się o różne rzeczy, szukali wyłącznika. Jeden od razu rzucił się na leżące na łóżku dokumenty, co natychmiast wykorzystałem wybiegając z mieszkania. Na dole przy drzwiach stał jeszcze jeden, którego zapytałem która godzina. Zobaczył, że jestem brudny od farby i mam tylko koszulę non-iron, ale odruchowo spojrzał na zegarek, a ja wtedy "szpula". Uciekałem w stronę ul. Rajskiej. Byłem święcie przekonany, że oddali za mną strzał. Wpadłem w pierwszą bramę przy Rajskiej i zobaczyłem trzymetrowy mur. Wskoczyłem do piwnicy, gdzie chłopak ze świeczką nabierał węgiel. Chwyciłem go za usta i gdy się trochę uspokoił powiedziałem, że bawimy się w Indian. Poprosiłem, żeby wyszedł zobaczyć, czy mnie ktoś szuka, za co pomogę mu załadować wiadra. Wrócił mówiąc, że chodzi jakiś trzech. Poczekałem jeszcze kilka godzin i poszedłem do znajomych przy ul. 1 Maja (obecnie Dunajewskiego). Nie mieli telefonu, więc zaprowadzili mnie do sąsiada. Ostrzegłem wszystkich, a ten facet cały czas spuszczał wodę w ubikacji. Okazało się, że był to krakowski ubek, ale nie sypnął mnie. Wiedział, że wtedy nie miałby życia wśród sąsiadów i musiałby się wyprowadzić.

Udało mi się uciec, bo akcję przeprowadzało tylko czterech esbeków z Warszawy. Chcieli, aby rozbicie "Hutnika" było wyłącznie ich sukcesem i nie powiadomili krakowskiej bezpieki. Gdyby milicja otoczyła, nie miałbym szans. Tak spartaczyli robotę.

Ukrywałem siew różnych miejscach. Udawało mi się przynajmniej raz w tygodniu mieć telefoniczny lub bezpośredni kontakt z Baśką. Spotykaliśmy się w różnych miejscach. Czasami odwiedzałem ją w domu na Bytomskiej. Raz mnie nawet tam esbecy namierzyli. Ale akurat zaraz na wstępie się z nią posprzeczałem i szybko wyszedłem. W tym momencie wywiadowca, który mnie zauważył zapewne poszedł zatelefonować, aby zawiadomić swoich. W chwilę po moim wyjściu do mieszkania wpadła cała wataha esbeków.

Drugi raz też im uciekłem, będąc już namierzony. Pomógł mi zupełny przypadek. Było to na ul. Kazimierza Wielkiego, tuż przed godziną 7 wieczorem. Pamiętam dokładnie, bo o tej godzinie zamykali sklep monopolowy, który był vis a vis. Mieszkałem wtedy u kolegi na parterze. Chcieliśmy wypić flaszkę, popatrzyłem na zegarek: była już prawie 7. Nie namyślając się wyskoczyłem przez balkon i pobiegłem do sklepu. Kiedy poszedłem kupować tę wódkę, oni wpadli do mieszkania. Byli potem święcie przekonani, że mam wśród nich jakąś wtyczkę, która mnie ostrzega. Przestali sobie ufać, czyniąc jakieś roszady w grupie, która mnie rozpracowywała.

Wywierali straszne naciski na rodziców, Baśkę i na braci, żeby mnie przekonali do ujawnienia się. Pamiętam, że do wyjścia z podziemia nakłaniał mnie latem 1983 roku Teneta z "Dziennika Polskiego", pisząc na pierwszej stronie, aby "pan dr Wojciech Marchewczyk się ujawnił".

Pomimo intensywnych esbeckich poszukiwań udało nam się spędzić z Baśką jakiś czas na wakacjach w Lanckoronie, i drugi raz w marcu 1984 roku dwa tygodnie na Krzeptówkach w Zakopanem. W czasie moich wyjazdów lub nieobecności "Hutnika" redagowała Barbara Zientarska ps. "Kaśka" i Maria de Hemandez-Paluch ps. "Agatka", która wydawała także z moim bratem Jackiem "Bez Dekretu". Dołączył do nich Maciej Prus i Radek Nowak, który zginął tragicznie w sierpniu 1986 roku. Obaj wrócili wtedy z Paryża od Chojeckiego z "Kontaktu". Maria Hemandez-Paluch była redaktorem naczelnym "Bez Dekretu". Podpisywała się pseudonimem Konrad Struga.

W tym czasie obok pism wydawaliśmy spore ilości książek w ramach Biblioteki "Obserwatora Wojennego". Mieliśmy ambicje, aby ukazywała się jedna książka w miesiącu. Zaczęliśmy je trochę sprzedawać. Początkowo ich okładki były z szarego pakunkowego papieru, potem jakość znacznie się poprawiła. Mieliśmy fantastyczną maszynę.

Przed 31 sierpnia 1983 roku, 3 rocznicą "Solidarności", przygotowywaliśmy jakieś demonstracje, audycje radiowe. Po wpadce Hardka zależało nam, żeby zasygnalizować społeczeństwu, że podziemie trzyma się mocno. Produkowaliśmy różne znaczki, okolicznościowe koperty, breloczki. Byłem wtedy przeciwny robieniu tej solidarnościowej "galanterii". Z tej prostej przyczyny, że ludzie na tym zaczynali robić pieniądze, które niestety nie wpływały do struktur podziemnych. Zaczęły się też mnożyć jak grzyby po deszczu rozmaite wydawnictwa książek, znaczków, kopert itp., a wraz z tym niezły biznes. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby choć część tych pieniędzy zasilała nasze struktury, ale niektóre z nich powstały wyłącznie dla robienia prywatnej kasy.

Żyłem wtedy na niesłychanych obrotach. Nie chciałem słyszeć o żadnych wakacjach. Sam się podkręcałem do działania i pracy. Na szczęście regeneruję się bardzo szybko. Nie wszyscy radzili sobie z tym tak dobrze.

"Wypalił" się na przykład Władek Hardek. On mi rzeczywiście imponował, załatwiał nam wtedy jakiś papier i sprzęt. Wiosną 1983 roku ukrywało się nas kilku: Staszek Handzlik, Janek Ciesielski, Władek Hardek. Poznałem go w domku Barbary Zientarskiej przy ul. Stachiewicza na Azorach. To było jedno z centrów naszego podziemia. Na głowie miał perukę i śmieszne kepi. Choć była to kompletna głupota, nosił przy sobie pistolet, który widziałem. Nie wiem, czy był on prawdziwy, czy atrapa. Chwalił się, że ma przy sobie jeszcze granat. Władek bywał tam nie za często, ale czasami przychodził. Wtedy, jak pamiętam, była taka dosyć dziwna sytuacja, powstała bowiem koncepcja, aby zlikwidować podziemie, tzn. zrezygnować z ukrywających się członków, gdyż jest to zbyt niebezpieczne. Rodził się taki pomysł, aby przejść na mniej radykalne formy walki. I wtedy Hardek oświadczył, że dopóki ostatni członek Związku nie opuści więzienia, to on nie wyjdzie z konspiracji i nie ujawni się. Był wtedy dość bojowo nastawiony. Widać było, że zaczyna siebie "podkręcać", że mu zaczyna brakować motywacji. On się wtedy związał blisko z pracownicą naukową AGH, bardzo atrakcyjną kobietą, która mocno go naciskała, aby się ujawnił. Na mnie wtedy robił duże wrażenie, w końcu spotykałem się z legendą podziemia. To on tak naprawdę je stworzył, co do tego nie mam cienia wątpliwości. On to wymyślił. Może to potwierdzić Teresa Starmach, gdyż była jego łączniczką i pozostawała w kontakcie z Lisem i Bujakiem. Ona była ich spoiwem. Te ich związki pochodziły jeszcze z okresu legalnej "Solidarności". Władek miał pomysł na struktury, kontakty. Używał świetnie podrobionych papierów, legitymował się perfekcyjnie wykonanym dowodem i paszportem.

Potem, pamiętam, spotykałem go jeszcze kilkakrotnie. W sierpniu 1983 roku miał być strajk w Stoczni Gdańskiej. Wybierał się do Lisa na jakieś konsultacje. Zobaczyliśmy się na Azorach u Barbary, tuż przed jego wyjazdem. Przekazał mi jakieś dwie ryzy papieru i coś tam jeszcze i wyjechał, rzekomo do tego Gdańska. To był czwartek lub piątek, pamiętam, bo w niedzielę "Cracovia" przegrała z "Widzewem" 7 lub 9 do zera. Zaraz po tej informacji w TV pokazali zatrzymanego Władka, który opowiadał, a właściwie czytał ze spuszczoną głową jakieś bzdury (5). To jego oświadczenie ogromnie mnie zszokowało. Przed wyjazdem obiecywał mi, że niedługo się zobaczymy. I rzeczywiście słowa dotrzymał, tyle że ja widziałem go w telewizji.

Po aresztowaniu Hardka nastąpiło gwałtowne przegrupowanie w strukturach podziemia. Nie dlatego, że obawiano się, że on zacznie sypać, bo gdyby to uczynił, to ze struktur nic by nie zostało. Jestem przekonany, że kontrakt był taki, że odczyta to oświadczenie, później oni go wypuszczą, a on wyemigruje. I tak się też stało. Uważam, że koledzy z "S" uczynili mu krzywdę, zapominając o jego wcześniejszych zasługach.

Później z Władkiem widziałem się tylko raz, nad morzem w Dziwnowie, w ośrodku wczasowym AGH. Próbowałem go o pewne rzeczy zapytać, ale on nie podjął tematu. Był jakiś zamknięty w sobie i nieufny, i chyba w strasznym dołku. Niedługo potem wyjechał z żoną zdaje się do Kanady, a później do Niemiec.

Gdy mieszkałem na Azorach, spotykałem się z Teresą Starmach. Po mojej ucieczce na Dolnych Młynów zgoliłem brodę, ale włosy miałem wciąż długie. Pamiętam, jak Teresa zrobiła mi wspaniałą fryzurę "afro" tak, że rodzony brat mnie nie poznał, kiedy usiadłem obok niego. Dla mnie też szybko wyrobiono "lewe" papiery. Miałem dowód na nazwisko Artur Kudłacik, zameldowany przy ul. Zaleskiego. Gość taki istniał i mieszkał pod tym adresem, ale siedział w więzieniu. Dokumenty wykonane miałem idealnie. Bez żadnych papierów strach było łazić, bo często legitymowali. Nawet to sprawdziłem, gdy pewnego dnia szedłem z jednym kolegą, zostałem wylegitymowany. Sprawdzili wszystko i mnie puścili.

Po aresztowaniu nie chcieli wierzyć, że to fałszywka. Sprawdzali cały Wydział Spraw Wewnętrznych, który wydawał dowody, kto mi ten dowód wydał. A myśmy mieli takiego "machera", ja go oczywiście nie znałem, który perfekcyjnie podrabiał dokumenty. Zresztą Hardek i paru innych z podziemia posługiwało się zrobionymi przez niego papierami.

Zaraz po wpadce Hardka w sierpniu 1983 roku uaktywnił się Syryjczyk, Zdrada i inni. W "Zomorządności", a nie w "Aktualnościach" czy "Serwisie Informacyjnym", czyli oficjalnych biuletynach wydawanych przez podziemne struktury, ogłosili powstanie nowej struktury pod nazwą Regionalny Komitet Strajkowy, który miał zastąpić dotychczasowy RKW. Zrobili to bez konsultacji. Odpowiedziałem wtedy w "Hutniku", że to nie prawda, że RKW istnieje nadal. Oczywiście nakład i prestiż "Hutnika" były takie, że ludzie nam uwierzyli. Po tym wszystkim oni zaczęli do mnie przyjeżdżać, proponując rozmowy. Zacząłem więc z nimi konkretnie rozmawiać, jaki mam pomysł na struktury, jak to powinno wyglądać. Okazało się, że huta była najlepiej zorganizowana, miała znakomite struktury, wydawnictwa, całe zaplecze logistyczne. Był to najlepszy okres na zespolenie struktur Nowej Huty z Krakowem i wspólne działanie. Syryjczyk i Zdrada nie chcieli do tego dopuścić, bo zdawali sobie sprawę, że przy tej organizacji i zapleczu jakim dysponuje huta zostaną wchłonięci. To już było ewidentnie przygotowane do prowadzenia własnej polityki. Chcieli realizować inne pomysły, czego przykładem była "Trzynastka" Mirka Dzielskiego. Pismo traktujące niemal wyłącznie o sprawach gospodarczych i ekonomicznych. Myśmy byli nastawieni na ostrzejsze, bardziej radykalne działanie. Jakoś się jednak dogadaliśmy, w czym pośredniczył mój brat Jacek. I tak każda ze stron funkcjonowała oddzielnie. Ten podział na Hutę i Kraków miał się utrzymać do końca. Po 1989 roku ujawnił się z nową siłą. Nie oznacza to, że nie współpracowaliśmy w ogóle. Mieliśmy dobre kontakty z poszczególnymi ludźmi m.in. z PAN-u, Środoniem, Łaptasiem. Nadal uważam, że wtedy w 1983 roku była wyjątkowa okazja, aby te dwie struktury połączyły się, co byłoby na pewno z korzyścią dla obu stron.

U nas też była działalność pozytywistyczna, chociażby Społeczny Fundusz Pomocy Pracowniczej czy Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy. Wykładali tam pracownicy naukowi wyższych uczelni i PAN, m.in. Tomasz Gąsowski, Andrzej Chwalba i Ryszard Terlecki. Robiliśmy różne szkolenia ludzi, wychowaliśmy sporo kadr dla Związku i Rad Pracowniczych. Wydawaliśmy różne podręczniki, książki edukacyjne, instrukcje itp. To nieprawda, że Huta była nastawiona wyłącznie na zadymy i walkę, jak próbowano nas opisać.

Od 1985 roku zaczęło się czuć początki odwilży. Chociaż esbecja była nadal bardzo aktywna i chciała koniecznie wytropić nasze struktury, przede wszystkim zależało im na rozwaleniu kolportażu bibuły. Rozbudowaliśmy świetnie fundusze pomocy, gdzie można było pożyczać pieniądze. To wszystko uwiarygodniało struktury i wzmacniało siłę organizacji. To było coś, co ludzi łączyło. Tu wspaniała rola księdza Kazimierza Jancarza. Ukrywając się na Prądniku Czerwonym, często piechotą chodziłem do niego na pogawędki.

W końcu marca czy kwietniu 1984 roku naderwałem wiązadła w kolanie. Dotarł do mnie jakoś brat i założył mi gips od kostki po pachwinę. To mnie na kilka tygodni całkowicie unieruchomiło. Okres ten spędziłem na Azorach u Baśki Zientarskiej. Pod koniec kwietnia ściągnięto mi ten gips, zaczęła się potworna rehabilitacja, bo rozruszanie tego było strasznie bolesne. Atmosfera wokół mnie zaczęła się zagęszczać. Proponowano mi wtedy wyjazd z Krakowa, i nawet nosiłem się z takim zamiarem. Ale pojechałem na jeszcze jedno, ostatnie spotkanie na miasteczko studenckie. To było 30 kwietnia 1984 roku. Widziałem się tam z Wojtkiem Podrzyckim, naszym ilustratorem książek. Pojechaliśmy do jego dziewczyny na ulicę Lubelską załatwić jakąś sprawę. Potem miałem przyjechać na Azory, a stamtąd mieli mnie wywieźć gdzieś za Kraków. Po wyjściu z tego domu pokuśtykałem na postój taksówek przy Lubelskiej. I gdy tam stałem, zobaczyłem trzy fiaty z trzema facetami w środku. Wiedziałem, że jestem ugotowany, ale byłem zbyt niesprawny, aby myśleć o jakiejś ucieczce. Musiał mnie zapewne rozpoznać jakiś esbek na Miasteczku, ale zanim ściągnął posiłki, ja dotarłem na Lubelską. Otoczyli cały kwartał zomowcami, bo wiedzieli, że gdzieś tam jestem i zapewne pamiętali o mojej wcześniejszej ucieczce. Byłem przecież ścigany listem gończym. Zobaczyłem, że robi się gęsto, chciałem z tego postoju przejść na drugą stronę ulicy, idąc w kierunku ul. Śląskiej. Wtedy wypadło ich kilku, przewrócili mnie na ziemię, kładąc się na mnie. Skuli mi ręce i nogi, a potem wrzucili do fiata. Tam jeszcze przykuli mnie do miejsca, gdzie jest umocowanie pasa bezpieczeństwa.

Zawieźli mnie na Montelupich. Tam spisali, ale w ogóle nie rewidowali, ani nie zaglądali do moich dokumentów i przewieźli na Mogilską, gdzie wrzucili do tzw. tygrysówki. Spytali o personalia, to podałem prawdziwe. Ale jak wyciągnęli mi dowód, to w nim był Kudłacik. Spisujący mnie dwaj niezbyt gramotni milicjanci mieli nie lada problem. Mieli dwa dokumenty, a człowiek był jeden. Jeden mnie spisywał jako Marchewczyka, drugi jako Kudłacika.

Po moim aresztowaniu poszła fama, że mnie pobili. Nie było to prawdą. Potem zawieźli mnie, skutego jak największego bandytę, do prokuratora na Mosiężniczą. W tym samym momencie zostali dowiezieni dwaj bandyci, którzy na zlecenie pasierba zamordowali jego przybranych rodziców na Woli Justowskicj. Otóż ci dwaj byli mniej obstawieni niż ja. Tak, że obecni tam ludzie mogli mieć przekonanie, że przywieziono wielokrotnego mordercę. Próbował mnie przesłuchiwać opiekujący się mną esbek Falkowski o przezwisku "Falconetti", ale słowem się do niego nie odezwałem. Po chwili wszedł prokurator, który kazał mi przejść do innego pomieszczenia. Ku mojemu zdumieniu byli w nim mój ojciec i adwokat Sadowicz. Tam na ucho szepnąłem im, że ze mną jest wszystko w porządku, oraz żeby przekazali ludziom, żeby nic nie likwidowali i robili robotę jak dawniej, bo nic nie powiedziałem i nie powiem. Potem odstawili mnie do celi na Mogilską, gdzie wstawili mi kapusia. Od razu się domyśliłem się kim jest, więc gadałem mu jakieś głupoty, aby miał co przekazać esbekom. Przesłuchiwali mnie bardzo długo, czasem po kilkanaście godzin. Przez cały ten czas nie odezwałem się ani słowem.

Na Mogilskiej siedziałem od maja do początków lipca 1984 roku. W celi przez pewien czas był ze mną Wiesiek Kukła, którego przywieźli pod koniec maja. Poszedł siedzieć za swoje karykatury. Na początku świetnie się trzymał, kurzył tylko jakieś straszne papierosy. Ja akurat wtedy przestałem palić, co zważywszy na okoliczności uważam za swój duży sukces. Po miesiącu zaprzestali przesłuchań. Wtedy Wiesiek się podłamał, nie mając żadnej opieki z zewnątrz. Dopiero jak Eugeniusz Koch przysłał mu galaretę, a w niej gryps, to mu się nastrój poprawił. Potem go ode mnie zabrali. A w kilka dni później i mnie kazali się pakować. W depozycie oddali mi wszystkie moje rzeczy (buty, sznurówki, łańcuszek), tak że i ja zacząłem wierzyć w to, że mnie wypuszczają. Potem wsadzili mnie w samochód i powiedzieli, że odwożą do domu. Rzeczywiście jechaliśmy w kierunku ulicy Łokietka, gdzie wtedy mieszkałem. Mijając "Monte" jadący ze mną esbek "Falconetti" zatrzymał samochód mówiąc, że wpadniemy do więzienia tylko na chwilę, aby załatwić formalności. Nawet mu uwierzyłem, tymczasem on zakpił ze mnie okrutnie. Przyszło mi tam odsiedzieć jeszcze parę tygodni.

Na początku wsadzili mnie do celi z dwoma mordercami, już po wyroku śmierci. Nie ukrywam, że wystraszyłem się wtedy nie na żarty. Myślałem, że te świry będą próbowały mnie wykończyć. Na szczęście odwiedził mnie mecenas Sadowicz i szybko załatwił przeniesienie do innej celi. Ku memu zdumieniu zobaczyłem w niej znowu Wieśka Kukłę. Tym razem był kompletnie załamany. Papierosa z ust nie wyciągał, paląc ich po sto dziennie, nie wychodził nawet na spacer. Na moją prośbę jego sprawą zajął się Sadowicz i Wiesiek dość szybko opuścił więzienie, bo czerwoni ogłosili wtedy amnestię. Mnie wtedy przedłużyli sankcję, bo przypomnieli sobie o tym sfałszowanym dowodzie osobistym. Ale nie siedziałem długo, bo do 10 sierpnia 1984 roku. W zasadzie wyszedłem z niego tylko warunkowo, jako urlopowany. Zresztą bezpieka zaraz złożyła skargę na decyzję sądu o moim zwolnieniu. Pamiętam, że po wyjściu tajniacy chodzili za mną krok w krok. Kto tylko podszedł do mnie był zaraz zatrzymywany i legitymowany. Stali nawet pod drzwiami domu i na klatce schodowej. Gdzie się ruszałem tam byli. Postanowiłem wówczas schować się do szpitala. Znajomi lekarze załatwili mi lewe zdjęcia z których wynikało, że mam straszne wrzody żołądka. Oczywiście ordynator wiedział, że to lipa. Leżałem w szpitalu na oddziale wewnętrznym przy ul. Śniadeckich. Cały czas pilnowali mnie esbecy. Po miesiącu nie wytrzymałem i postanowiłem się stamtąd zerwać. Załatwiłem sobie wizytę u brata Jacka, który pracował w klinice jako ortopeda. Oczywiście wcześniej uprzedziłem go o moim zamiarze. Poszedłem do niego jak pacjent w szpitalnej piżamie, a tam już czekało ubranie. Przebrałem się, a za rogiem czekała umówiona taksówka. Esbecy dostali szału jak im zniknąłem. Ordynator i brat mieli jakieś kłopoty z tego powodu.

We wrześniu przyszło jednak postanowienie sądu o umorzeniu mojej sprawy na mocy amnestii. Tak, że mogłem wyjechać z Baśką i córką Kasią na długie, sześciotygodniowe wakacje do Wisełki. Wróciłem stamtąd prawdziwie wypoczęty. Od razu włączyłem się w działalność podziemną. Pod moją nieobecność w zastępstwie redakcją "Hutnika" zajmował się brat Jacek, Maria de Hernandez Paluch, Barbara Zientarska i inni.

Jesienią 1984 roku podjąłem starania o powrót do pracy na AGH. Odbyła się rozprawa przed Terenową Komisją Odwoławczą, którą wygrałem. Ale rektor Kleczkowski nie chciał się pogodzić z moim powrotem na uczelnię i wniósł odwołanie do kolegium, które jednak podtrzymało decyzję o przywróceniu mnie do pracy. Wtedy władze rektorskie wniosły sprawę do Sądu Pracy. Nikt z radców prawnych zatrudnionych na AGH nie chciał się podjąć występowania przeciwko mnie. Wobec czego władze uczelni wynajęły radcę prawnego hotelu "Cracovia", byłego prokuratora z czasów stanu wojennego, który kiedyś aresztował mojego brata i prowadził przeciwko niemu śledztwo. W Sądzie Pracy nie zdążyłem powiedzieć ani jednego słowa, a adwokat przydzielony mi z urzędu, któremu się wszystko pomyliło, zaczął prosić o najniższy wymiar kary. Zwymyślałem go w niewybrednych słowach, tak, że musieli mnie przywoływać do porządku. Rozegrał się tam prawdziwy kabaret. Sąd zarządził przerwę a dość liczna publiczność, którą stanowili moi koledzy i znajomi, została wyproszona z sali. Nie zdążyłem wypalić papierosa, gdy zostałem wezwany przed sąd, który odczytał mi 8-stronicowe uzasadnienie wyroku - relegowanie mnie z uczelni. Wściekłem się ostro i powiedziałem, co myślę o takiej Temidzie, co kosztowało mnie 500 zł. grzywny za obrazę sądu.

Przez rok nie mogłem znaleźć pracy. Chodziłem systematycznie na ul. Sebastiana do Urzędu Zatrudnienia i brałem stamtąd skierowania do pracy, ale gdzie nie przyszedłem, oświadczali mi, że nie mają już wolnego miejsca. Tak uzbierałem dwadzieścia kilka odmów. Cały czas miałem wezwania na SB, a tam mi grzecznie proponowali, żebym wyjechał ze wskazaną osobą, gdzie sobie chcę za granicę. Oczywiście miałem pomoc od Związku, ale było ciężko.

Dopiero jesienią 1985 roku dostałem prace w Lidze Ochrony Przyrody w nowopowstałym Zakładzie Zadrzewień. Lubiłem to zajęcie, zakładaliśmy zieleńce głównie na osiedlach Nowej Huty.

Oczywiście przez cały ten czas robiłem nadal "Hutnika". Jeszcze raz mieliśmy bardzo dużą wpadkę, już ostatnią w 1987 roku (6). Wczesnym rankiem zostałem złapany wraz z innymi w naszej drukarni przy ulicy Stachiewicza na Azorach. Ktoś nas wtedy ewidentnie wsypał. Cały teren był otoczony przez milicję i ZOMO. Przyjechali z ogromnym młotem, łomami i siekierą chyba do rozwalenia drzwi. Na miejscu akcji pojawił się sam szef milicji, gen. Gruba. On wówczas oświadczył w TV, że "Hutnik" został definitywnie zlikwidowany. W natychmiast wydanym numerze odpowiedział mu artykułem "A kuku generale" Jerzy Surdykowski (7).

Wpadka była dużą stratą. Mieliśmy tam ogromne magazyny z papierem i książkami oraz całe zaplecze do naświetlania. Wywieźli stamtąd pełną ciężarówkę. Przerwa w ukazywaniu się "Hutnika" trwała może miesiąc. Zamknęli mnie wtedy na krótko, na około dwa tygodnie, bo znowu była jakaś amnestia.

Po wyjściu pożyczyłem od TKRH, a dokładnie od Staszka Handzlika, kilkaset dolarów na odbudowanie całej tej struktury. Napisałem im specjalne pokwitowanie na te pieniądze, choć mówiąc szczerze powinienem je dostać. Oczywiście wywiązałem się potem z tego zobowiązania. Kupiliśmy jakiś powielacz, dostaliśmy sporo ryz papieru od księdza Jancarza i znowu ruszyliśmy z wydawaniem książek, znaczków. "Hutnik" wychodził aż do końca, tj. do lipca 1989 roku. Otrzymałem wtedy piękne podziękowanie za lata pracy, na którym podpisały się różne znane osoby m.in. Zbigniew Brzeziński, Jan Nowak-Jeziorański. Jesienią 1989 roku należałem do założycieli "Tygodnika Małopolskiego", regionalnego pisma "Solidarności", którego byłem naczelnym do listopada 1990 roku.

Tymczasem we wrześniu 1989 roku odbyła się konferencja w Nowej Hucie, na którą zostałem zaproszony. I wtedy wstał jeden z członków KRH i powiedział, że jestem im winny pieniądze i proponują, abym je przekazał na pomnik Włosika. Gdyby nie to, że ktoś z moich kolegów mnie przytrzymał, to ja bym tego sk... zabił. Strzeliłem wtedy drzwiami i wyszedłem. Tak wyglądało podziękowanie za 8 lat mojej pracy.


(1) Wśród strajkujących studentek była m.in. Anna Zechenter z UJ.
(2) Obchody dnia pamięci NZS, zorganizowane w II rocznicę rejestracji Zrzeszenia.
(3) Akcję zorganizował Ruch Oporu NZS w nocy (6/7 VI 1983).
(4) Ro-mayor, offsetowa maszyna drukarska.
(5) Władysław Hardek został aresztowany w Pile (19 VIII 1983).
(6) 2 VI1987.
(7) [...] Lokal przy ul. Stachiewicza po akcji nawiedził osobiście sam oberpolicmajster miasta królewskiego Krakowa, gen. Gruba. Gospodynię lokalu miast tradycyjnym: ręce do góry powitał słowami: proszę szefowi przekazać moje a kuku. Nasze a kuku przesłaliśmy generałowi na jubileusz Hutnika z życzeniami dla dzielnych tropicieli z Mogilskiej. Gratulacje dla generała za poczucie humoru -jak na milicjanta- no, no! Punkt (nielegalny, poligraficzny) dla pana, ale [...] gramy dalej generale. A więc: A KUKU!" ("Hutnik" 1987, nr 11/142, s. 1).
WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW 
Twój komentarz może być pierwszy
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
Treść komentarza
Twój podpis
 



 
za: Promieniści nr 10/86 z 1987-02-16
Internetowe Archiwum Opozycji Demokratyczej w Małopolsce lat 1976-1989
           Realizowane przy współudziale Stowarzyszenia dla Małopolski            
poleć ten serwis znajomemu